...I tak wszystko będzie w porządku
Wrocław, 27 marca 2010 roku. Skręcam z Piłsudskiego w Zapolskiej. Jest 19.57 - za trzy minuty uprzejmi bileterzy nie wpuszczą mnie na koncert, mimo że wejściówkę mam w kieszeni.
Idę szybkimi krokami, w głowie na wszelki wypadek układając błagalny elaborat. Zamyślona, ku swojemu zdziwieniu w miejscu, w którym powinnam przejść na drugą stronę ulicy wpadam na... drut kolczasty. Jak się okazuje, nie jest to jedyny osobliwy element krajobrazu - w okolicy dostrzegam podejrzane worki z piaskiem, rozstawione tu i ówdzie barykady i strzępki gazet. Na drugi planie budynek Teatru Polskiego - przed wejściem leży złożona broń, drzwi oblepione są pożółkłymi obwieszczeniami. Wcale nie dziwi mnie zatem wygląd, w jakim zastaję hol. Krajobraz po bitwie - to określenie najlepiej oddaje wystrój wnętrza jednej z wrocławskich świątyń sztuki. Na podłodze - jeszcze więcej potarganych gazet. W powietrzu - zapach sztucznego dymu i perfum. Pomiędzy wyreżyserowanym bałaganem spacerują elegancko ubrani goście; niektórzy nonszalanckim ruchem nadgarstka sączą z kieliszków wino. Z zaciekawieniem patrzą na pilnujące schodów niby-roboty, niby-skanujące każdego, kto koncert oglądał będzie z balkonu. Dzwonek - proszę zająć miejsca. Zaraz zacznie się rewolucja.
Paryż, 8 września 1831 roku
Młody kompozytor, prawdopodobnie siedząc w hotelowym pokoju, dowiaduje się, że prawie dwa tysiące kilometrów na wschód od miejsca, w którym się znajduje, triumfują Rosjanie, a jego rodacy ponieśli klęskę. Wewnętrzny bunt w takiej sytuacji jest sprawą naturalną - w głowie artysty gorączkowo układają się pełne ekspresji, rozpaczliwe nuty. Kompozytor nie wie wówczas jeszcze, że dwieście lat później ten wybuch emocji, nazwany po jego śmierci Etiudą Rewolucyjną, rozpocznie pewien galowy koncert we Wrocławiu. Okrągła rocznica urodzin pianisty nie mogła zostać pominięta. W tej wersji Chopinem jest Katarzyna Borek - ubrana w pasiak nadaje ton całemu przedstawieniu. "Wsłuchaj się, tak właśnie brzmi rewolucja" - sugeruje zaciemniona scena i punktowe światło, skierowane na klawisze fortepianu. Instrument ten przez cały czas trwania spektaklu obecny jest na scenie, od czasu do czasu intonując pojedyncze takty wspomnianego utworu. Przypomina on, że każda przemiana, jakkolwiek wzniosłe i entuzjastyczne idee by jej nie przyświecały, zaczyna się w umyśle człowieka i nierozerwalnie wiąże się z wewnętrznym rozdarciem.
Wątpliwość razy dwa
Siedemnaście utworów, siedemnaście urywków historii. Reżyser przedstawienia, Agata Duda-Gracz chce pokazać, że rewolucja to pojęcie bardzo szerokie. Prowadzić do niej może każde zetknięcie zakorzenionego ze świeżym, każda konfrontacja na linii tłum - jednostka. Zawsze cechuje ją walka - o przekonania, wartości, idee; zawsze ma też w sobie spiritus movens - chęć zmiany. Od francuskich krzyżowców po Boba Marleya, od Kuby po Chiny - widmo rewolucji krąży nad światem w każdej konfiguracji czasoprzestrzennej. Towarzyszy jej muzyka - element jednoczący, motywujący czy nawet dokumentujący sposób myślenia buntowników poszczególnych epok. W wykonaniu zaproszonych do udziału w koncercie artystów - jest nie tylko świetnie wyreżyserowanym kalejdoskopem. W 30. rocznicę podpisania porozumień sierpniowych jest też daną pod rozwagę wątpliwością - czy rewolucja może dać prawdziwą wolność?
Mogłoby się wydawać, że znalezienie wspólnej płaszczyzny dla wydarzeń, które miały miejsce mniej niż pół roku temu i obchodów rocznicowych z okazji dwustulecia narodzin polskiego kompozytora jest nie lada reżyserskim wyzwaniem. Oglądając "...rewolucyjną!" nabiera się przekonania, że związek między tymi zdarzeniami jest oczywisty. Niezależność - odwieczne pragnienie jednostki, funkcjonuje poza kontekstem historycznym. Każda rewolucja - jako element wielopokoleniowej mozaiki, mieni się i wyróżnia. Sztuką i wyzwaniem jest ułożyć tę mozaikę na nowo; zreinterpretować ją na potrzeby XXI wieku, okrzykniętego wiekiem upadku wszystkiego, z ideałami łącznie. Wątpliwość można zatem sformułować inaczej - czy nasze pokolenie stać jeszcze na rewolucję?
Maryja tu, Maryja tam...
"Wyrwij murom zęby krat..." - drżący, szklisty głos wydaje się docierać do każdego zakamarka sali. Scena nie pierwszy raz tego wieczoru należy do jednostki. Jednostka ma krótkie, białe spodenki i takąż marynarkę; w ręku trzyma płonącą świecę. Komunijną, bo jednostka jest ośmioletnim, wyraźnie zdenerwowanym chłopcem. Śpiewa o wolności, o którą walczyli jego przodkowie. Symbol? Dość przewrotny, jak wiele podczas tego koncertu. Oto w następnej scenie na naszych oczach zawiązuje się słowna bitwa. Walka standardowa: starzy kontra młodzi a na wokandzie jeden z najbardziej drażliwych dla Polaków temat - religia. Na melodię znanego skądinąd "Dragostea Din Tei" tłum artystów intonuje: "Maryja tu, Maryja tam...". Pielgrzymkowy "hicior" na scenie ma znamiona obrazoburstwa: siedzący po mojej prawicy młody chłopak głośno wyraża swoją dezaprobatę. Gdy do słów dochodzi dyskotekowy rytm, a ksiądz podwija sutannę i naszym oczom ukazują się bokserki z koloratką, słyszę nerwowy odruch wstawania i głośne trzaśnięcie drzwiami. Zdecydowana większość widowni podchwyca jednak konwencję i zgodnie przyklaskuje wyśpiewywanemu ze sceny apelowi, by udać się do Maryi.
Marley w kowbojkach
Oklaski, jak się okazało, stały się nieodłącznym elementem spektaklu. "...rewolucyjna!" to prawdziwa uczta nie tylko dla uszu, lecz także dla oczu. Zasługa to nie tylko pomysłowych aranżacji (np. Anna Ciula-Pehlken jako gigantyczna, radziecka matka boska) - widowisko znacznie uwiarygodnia przetaczający się przez scenę raz po raz enigmatyczny tłum rewolucjonistów - raz będących Polakami, innym razem Francuzami, jeszcze innym - chmarą bezdomnych. Masa - woda na młyn dla rebelii - dostosowuje się do epoki jedynie wyglądem. Nie sposób jednak wspomnieć i o jednostkach - fenomenalnie wyrażający miłość do Che Guevary Konrad Imiela czy Tomasz Schimscheiner - w białym, futrzanym płaszczu i czerwonych kowbojkach próbujący naśladować Boba Marleya, to tylko niektóre z perełek, które nawlec można na reżyserski sznurek. Buntują się i kobiety - "ciężarna" Dorota Pomykała śpiewa po czesku szlagier Aksamitnej Rewolucji, a Ewa Ziętek (również w oryginale!) - chiński hymn narodowy. Palma pierwszeństwa należy się jednak Milenie Lisieckiej - w roli smętnej kury domowej na wózku inwalidzkim zawodzącej z niekłamanym brakiem entuzjazmu "this is my sexual revolution..." (czy można sobie wyobrazić coś bardziej przykrego?).
Epilogiem półtoragodzinnego spektaklu staje się rewolucja według Beatlesów. "Koniec końców i tak wszystko będzie w porządku" - śpiewają wyluzowani. Czy w takim wypadku rewolucja w ogóle ma sens? Pytania rzucane w próżnię zawsze pozostają bez odpowiedzi.
Ewa Orczykowska
Teatralia Wrocław
30 marca 2010
Teatr Polski we Wrocławiu
"...rewolucyjna!"
Koncert galowy
scenariusz, reżyseria, scenografia i kostiumy: Agata Duda-Gracz
kierownictwo muzyczne, aranżacje: Piotr Dziubek
choreografia: Jacek Gębura
obsada: Katarzyna Borek, Anna Ciuła-Pehlken, Milena Lisiecka, Dorota Pomykała, Marta Stebnicka, Ewa Ziętek, Konrad Imiela, Tomasz Kot, Marek Łykowski, Wojciech Mecwaldowski, Tomasz Schimscheiner, Michał Staszczak, Cezary Studniak, Karol Śmiałek, Mirosław Zbrojewicz
31. Przegląd Piosenki Aktorskiej, Wrocław 20-28 marca 2010 r.