"Trylogia" - szpital wariatów
Jan Klata rozumie teatr na sposób witkacowski - jako "szpital wariatów albo raczej mózg wariata na scenie". Ta wizja doskonale opisuje "Trylogię" widzianą oczami Klaty. Reżyser dokonał rzeczy prawie niemożliwej - sześć tomów skondensował w czterech godzinach przedstawienia i umieścił w jednej scenografii. To nie mogło nie wzbudzać kontrowersji. Po ponad roku od prapremiery łódzka publiczność dostała szansę sprawdzenia, czy ten spektakl jest sztuką przyjemną czy nieprzyjemną.
Większość Polaków uważa "Trylogię" za dobro narodowe, którego nie można bezcześcić. Niestety hołd dla tego dzieła stał się tak wielki, że mało kto próbuje je świadomie odczytać. Łatwiej żyć samą ideą utworu Henryka Sienkiewicza, nie sprawdzając, co jest w niej aktualne, a co nie. Parafrazując Gombrowicza: Sienkiewicz "jak nie zachwyca, jak zachwyca". Klata postanowił strącić "Trylogię" z piedestału, nie po to, by ją całkowicie wyśmiać, ale żeby odnaleźć w niej powoli zamazywany sens. Obawę jednak może budzić to, czy reżyser nie popadł w skrajność. Czy chcąc rozliczyć się ze ślepym wpatrzeniem w przestarzałe mity, śmiesznością, nie okrył również prawdziwych wartości?
Klata przedstawia "Trylogię" à rebours, "odwraca" wszystko, co się da. Aktorzy nie pasują do swoich ról, zabawne sceny nie przystają do podniosłego tematu, żywa rockowa muzyka towarzysząca pościgom wydaje się być żartem, a jednak to wszystko to tylko pozorne niedopasowanie. Reżyser "odziera" dzieło Sienkiewicza z narastającej przez lata mitologicznej otoczki, zostawiając jednocześnie to, co ma służyć "pokrzepieniu serc". Wyśmiewa bezlitośnie mitomańską postawę Polaków i ich cierpiętnicze usposobienie. Polacy ze swoich wad uczynili zalety: alkoholizm, zawadiackość, (fanatyczna) religijność, ksenofobia, przesadne upodobanie w martyrologii stały się nienaruszalnymi symbolami polskości. Klata pokazuje pozorność tego; w przerysowanym, sztucznym spektaklu udowadnia, jak stworzone przez nas mity są teatralne same w sobie. Kiedy u Sienkiewicza czytamy, jak postaci piją, to czujemy prawie dumę z ich hardości i zawadiackości. Klata pokazuje to, czego widzieć nie chcemy - hulaków upijających się do nieprzytomności, których późniejsza odwaga i fantazja to nic więcej jak alkoholowe upojenie. Bez patosu i martyrologii.
Miejscem akcji uczynił reżyser coś pomiędzy kościołem a szpitalem, gdyż na scenie znajduje się zarówno ołtarz i ambona, jak i poustawiane równo łóżka szpitalne. Leżący na nich aktorzy podnoszą się z nich, gdy przychodzi ich pora grania. Ubrani w stare dresy, poobwiązywani bandażami przypominają mieszkańców jakiegoś przytułku lub domu wariatów. Cały spektakl został odegrany bez zmian dekoracji, Klata doskonale wykorzystał magię teatru. Zamiast tworzyć monumentalną scenografię, odwołał się do wyobraźni widzów. W paru ruchach szpitalne łóżka stają się barykadami i murami obronnymi, a rzucane poduszki sugerują, że właśnie jesteśmy świadkami wielkiej bitwy. W dodatku bitwy ponadczasowej, bo zza łóżka-barykady wystaje hełm z okresu II wojny światowej i przebiega sanitariuszka również swoim wyglądem odnosząca się do tamtego czasu. "Trylogia" Klaty rozlicza się z całą historią Polski, z każdym z niezwykle licznych momentów naszych patetycznych walk i męczeńskich poświęceń. Iść walczyć za kraj, oddawać za niego życie zawsze będzie czynem wielkim i godnym zapamiętania, ale prawdziwe męstwo nie potrzebuje wyśpiewywania pieśni pochwalnych czy ołtarzy, ale pamięci. Jednak nie pamięci wymuszonej, zbanalizowanej, ograniczonej do szkolnych formułek, ale wynikającej z prawdziwego zrozumienia, że wszyscy wielcy bohaterowie historii byli również po prostu ludźmi.
Bohaterowie poobijani, zmizerowani przez Historię, która nigdy ich nie oszczędzała, podnoszą się ze swoich szpitalnych łóżek, bo Ojczyzna wzywa. Klata w usta aktorów wkłada nie tylko kwestie z dialogów, ale i tekst narratora, tak jakby postaci na bieżąco tworzyły nowe opowieści na podstawie dziejących się wydarzeń. Niestety, obraz przeczy wzniośle brzmiącym słowom. Działania nie mają w sobie nic z patosu, są śmieszne. Klata bardzo wybiórczo potraktował dzieło Sienkiewicza, ale nie zmieniał tekstu. Nadawał mu nowe znaczenie, wizualizując słowa z brutalną wręcz dosłownością, a jednocześnie z przymrużeniem oka.
Niestety spektakl jest nużący, po pół godzinie oglądania publiczność poznaje wszystkie chwyty, którymi posługuje się reżyser i aż do ostatniej sceny nic nie wywołuje większego zdumienia. Wszystkie sześć tomów dzieła Sienkiewicza potraktowane zostało tak samo, przed całkowitym znudzeniem ratują widzów aktorzy, którzy doskonale pojęli koncepcję reżysera. Wszyscy bez wyjątku znakomicie i perfekcyjnie odgrywali swoje role, w dodatku było widać w nich również radość i swobodę w grze. Nie dało się nie zauważyć, że rozśmieszając publiczność, sami również bardzo dobrze się bawili. Nie tracili poziomu, choć spektakl "pędził" w zatrważającym tempie. Na obronę Klaty można natomiast powiedzieć, że sama "Trylogia" też w gruncie rzeczy powtarza ciągle te same schematy. Reżyser odpłacił autorowi pięknym za nadobne, co nie zmienia jednak faktu, że widz musi wysiedzieć w teatrze ponad cztery godziny.
Najbardziej zaskakująca w całym przedstawieniu jest ostatnia scena. Wołodyjowski po wzruszającym pożegnaniu z Baśką idzie na samobójczą śmierć, wysadzając Kamieniec Podolski. U Klaty nie idzie jednak sam, ale podążają za nim inni mężczyźni. Bohaterowie, schodząc ze sceny przez otwartą w podłodze klapę, "stają się" warszawskimi powstańcami, by za chwilę zginąć z rąk, niedawno zabitego Azji (a może już kogoś całkowicie innego?) tak jak oficerowie w Katyniu. Kwestia Katynia jest ciągle jeszcze kontrowersyjna i niezależnie od powodów, z jakich się ją porusza, wzbudza wiele emocji. Klata wykorzystał to, by sformułować bardzo celny, ale i niebezpieczny zarzut wobec Polaków. Wszyscy bohaterowie giną z uśmiechem na twarzy, z dumą, że poświęcają swoje życie. W tym obrazie również "ukazują się" nam wszystkie wielkie literackie wzorce. Pod znakiem zapytania stoją wszyscy: Konrady, Kordiany, Wallenrody, Ordony, Judymy i cała reszta patriotycznego polskiego panteonu bohaterów. Jest to jedna z nielicznych scen spektaklu potraktowana bardzo na serio, tym silniej oddziałująca, że następuje po czterech godzinach oglądania zabaw konwencjami. Trzeba również pamiętać, że przed tą scena była inna - nabicia na pal Azji przez najdzielniejsze, prawie święte, ofiary historii, czyli Polaków. Podczas tego momentu zgaszono całkowicie światła na scenie, słychać było tylko głos czytający fragment "Pana Wołodyjowskiego". Nie było potrzeby przedstawiania czegokolwiek, i tak nie zrobiono by tego bardziej "malowniczo" od Sienkiewicza upajającego się okrucieństwem kary. Przepraszam, nie okrucieństwem, raczej sprawiedliwością wymierzoną przeciw podłemu psubratowi.
Na krawędzi obrazoburstwa wypowiada się też Klata w sprawie uczuć religijnych. Obraz Matki Boskiej ma wyciętą twarz, w której miejsce w kilku scenach jedna z aktorek podstawia swoją głowę, wygłaszając mowy do narodu. Jednak, jakby z obawy przed nadmierną podniosłością, z głowy Matki Boskiej w jednej scenie wysuwa się nie twarz, a ręka, która głaszcze po włosach Kmicica, w ten sposób dając mu rozgrzeszenie. Może nadszedł czas zerwać z wizją narodu, który tylko liże rany oraz z mitomańską wizją historii przypominającą sen wariata, gdzie nieprzerwanie "larum grają".
Magdalena Mirecka
Teatralia Łódź
24 marca 2010
Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie
Henryk Sienkiewicz
"Trylogia"
reżyseria: Jan Klata
asystent reżysera: Błażej Peszek, Anna Włodarska
dramaturgiczne opracowanie tekstu: Jan Klata i Sebastian Majewski
konsultacje językowe: Marek Szymanowicz
opracowanie muzyczne: Jan Klata
scenografia, światło: Justyna Łagowska
kostiumy: Mirek Kaczmarek
choreografia: Maćko Prusak
obsada:
Ksiądz Kamiński: Tadeusz Huk
"Ogniem i mieczem"
Jan Skrzetuski: Jerzy Grałek
Helena Kurcewiczówna: Małgorzata Gałkowska
Jurko Bohun: Zbigniew W. Kaleta
Bohdan Chmielnicki: Krzysztof Globisz
Tuhaj-bej: Mikołaj Grabowski
Atamani: Bolesław Brzozowski, Tadeusz Huk, Jerzy Święch
Onufry Zagłoba: Juliusz Chrząstowski
Michał Wołodyjowski: Andrzej Kozak
Łaszcz: Tadeusz Huk
Obraz: Anna Dymna, Ewa Kolasińska
"Potop"
Aleksandra Billewiczówna: Barbara Wysocka
Andrzej Kmicic: Krzysztof Globisz
Kompania: Bolesław Brzozowski, Tadeusz Huk, Jerzy Święch
Sikorki: Anna Dymna, Małgorzata Gałkowska, Ewa Kolasińska
Michał Wołodyjowski: Andrzej Kozak
Onufry Zagłoba: Juliusz Chrząstowski
Janusz Radziwiłł: Mikołaj Grabowski
Murzyni Radziwiłła: Bolesław Brzozowski, Tadeusz Huk
Jan Skrzetuski: Jerzy Grałek
Roch Kowalski: Tadeusz Huk
Bogusław Radziwiłł: Błażej Peszek
Przeor Kordecki: Jerzy Święch
Obraz: Ewa Kolasińska
Król Polski: Jerzy Święch
"Pan Wołodyjowski"
Andrzej Kmicic: Krzysztof Globisz
Jan Skrzetuski: Jerzy Grałek
Onufry Zagłoba: Juliusz Chrząstowski
Helena Kurcewiczówna: Małgorzata Gałkowska
Aleksandra Billewiczówna: Barbara Wysocka
Michał Wołodyjowski: Andrzej Kozak
Krystyna Drohojowska: Ewa Kolasińska
Barbara Jeziorkowska: Anna Dymna
Ketling: Bolesław Brzozowski
Obraz: Ewa Kolasińska, Barbara Wysocka
Azja: Zbigniew W. Kaleta
Nowowiejski Stary: Tadeusz Huk
Ewa Nowowiejska: Barbara Wysocka
Zosia Boska: Małgorzata Gałkowska
Nowowiejski Młody: Błażej Peszek
Potocki: Jerzy Święch
premiera: 21 lutego 2009 r.
XVI Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, Teatr Powszechny, Łódź.