Po pierwsze - Rachela
Po drugie - Kościuszko. Po trzecie - cała reszta aktorów, scen, dialogów, dźwięków; wszystko, co zgrało się ze sobą wprost doskonale stanowi jednogłośne "tak" dla spektaklu "Berek Joselewicz" w Teatrze Polskim.
Sztuka Brzyka jest znakomita, a przede wszystkim faktycznie jest sztuką - w najczystszej postaci. Dopieszczoną, wychuchaną, doskonałą mozaiką, w której zagina się czasoprzestrzeń i miesza kilka różnych płaszczyzn. Jest lekcją historii odklejoną od sztywnych reguł, podaną w sposób poetycki, muzyczny, malarski. Dynamika aż kipi ze sceny, melancholia wylewa się hektolitrami na zaskoczonych widzów, unaoczniona historia przyspiesza bicie serca. Pomysł na wykreowanie poszczególnych postaci, tak sugestywnych i dosadnych, mógł się nie udać i wrzucić ich w przejaskrawione, pretensjonalne kontury. Mógł, ale nie w sytuacji, gdy postacie dostają się w plastyczne dłonie tak doskonałych aktorów. Poza tym muzyka - a tu przede wszystkim uderzenia bębnów podrywających do walki - energiczna, ekspresyjna, wydaje się być nie mniej ważna od samych kwestii dialogowych.
Tytułowy Berek Joselewicz jest Żydem, oddanym dla Polski założycielem jednego z oddziałów wojskowych w czasie insurekcji kościuszkowskiej. Ponoć już od dziecka odstającym od swych kolegów, mającym inne ambicje. Żydzi, gdy opowiadają o Berku, określają go przymiotnikiem "oszalały", wznoszą ręce do nieba i modlą się za jego postradane zmysły, nie mogąc zrozumieć jego zaciętej woli walki.
Po odczytaniu odezwy, po zebraniu wojsk i generałów, wszystkie oddziały pod wodzą Kościuszki toczą bitwę pod Racławicami. Śpiewają "Boże, coś Polskę", pokrzykują, tupią, wymachują flagami, tworzą atmosferę, która wciąga widzów w sam środek wydarzeń; zupełnie jakby zza naszych pleców za chwilę miał wybiec tłum wściekłych Moskali.
Lepiej mieć oczy dookoła głowy, bo dzieje się naprawdę dużo. Jednocześnie na scenie rozgrywają się cztery różne sceny - i takim sposobem przedstawienia rzeczywistości posłużono się kilkakrotnie. Gdzieś na przedzie siedzi Amster, obojętnie wpatrzony w podłogę, po przekątnej, na ziemi, leży umierający żołnierz, obok niego z kolei otwierają się i zamykają białe drzwi, za którymi Żydówka żegna się z odchodzącym na wojnę mężczyzną. Do tego widz musi być jeszcze skupiony na tym, co zostaje wyświetlone na plazmie - tam bohaterowie po kolei opowiadają o rolach w bitwie pod Racławicami poszczególnych generałów. I chodź ten chaos może wydawać się niekontrolowany i mylący - jest zupełnie odwrotnie.
Gdzieś z boku, do co uważniejszych widzów, powinny zacząć już docierać pewne niepokojące sygnały. Poniński tłumaczący się ze zdrady, której na razie nikt mu nie zarzuca, świdrujący, obłąkańczy wzrok Racheli, szubienice spuszczone z sufitu, kilkakrotnie wnoszony na scenę obraz "Rejtan" Matejki. Żołnierze wierzą jednak w zwycięstwo do ostatniej sekundy spektaklu, w pewnym momencie już je nawet świętują. Przedwcześnie, jak się okazuje.
Postać Żydówki Racheli najmocniej zapada w pamięć. Ma piękną twarz, ciemną oprawę oczu i długie, czarne włosy, ubrana jest w białą suknię ślubną. To ona okazuje się być najwrażliwszą, ale i najmądrzejszą, bo najlepiej przewidującą postacią. Gdy żołnierzom wydaje się, że są bliscy triumfu - ona, smutna, sama na scenie mówi o daremnej walce, o klęsce nadciągającej z północy, nieco wyszydzając zapał Polaków, nieświadomych rychłej klęski. Na początku ma jeszcze białe pióra przyklejone do ust, wplątana w zmowę milczenia, dopiero później ujawnia prawdę i z każdym kolejnym słowem, upuszcza kolejne piórko na podłogę. Dziewczyna wygląda jak nimfa. W szaleńczym letargu, z nieprzytomnymi oczami, zapisuje słowa białą kredą na czarnej ścianie - zapisuje je w odbiciu lustrzanym, więc widzowie z łatwością odczytują je dopiero, gdy na scenę zostaje wniesione lustro. "Non omnis moriar" to w tym wypadku chyba tylko złudna nadzieja. Dziewczynie zostaje odebrane wszystko, ona sama mówi o tym, siedząc przy stole, podczas gdy jej sobowtór wbiega na scenę, gdzie ktoś łapie go za ręce i nogi; by jak lalkę wrzucić do ziemi. Alicji Kwiatkowskiej udało się stworzyć postać niezwykle eteryczną, delikatną, głęboką, trochę też magiczną - z nadzwyczajną zdolnością przeczuwania, logizowania, może nawet profetyzowania.
Równie zaskakująco i dobitnie zaakcentowano osobę Tadeusza Kościuszki. W "Berku Joselewiczu" święcimy więc triumf kobiet, bo Kościuszkę gra tutaj Halina Rasiakówna. Zjeżdża w dół pochylonej sceny, siedząc na szkielecie konia. Dość wymowny sposób na przedstawienie porażki generała, podsycony jeszcze znakomitym monologiem.
Po scenach walki przychodzi czas na sceny umierania. Historia miesza się z teraźniejszością, spektakl z rzeczywistością. Aktorzy przestają na chwilę grać żołnierzy, by opowiedzieć o Matejce, o jego obrazie, o przebiegu wydarzeń historii i o tym, jak te wydarzenia będą postrzegane. Mrozek, grający Ponińskiego, zastyga w bezruchu, w pozycji takiej, w jakiej Matejko pozostawił go na płótnie. Żołnierze giną. Przez parę minut na scenie walczą ze śmiercią, upadają powoli i szybko wstają; drżą i zwijają się z bólu. I to jest jedyny słuszny, jedyny wyrazisty i jedyny w swoim rodzaju obraz klęski powstania, z jakim moglibyśmy się spotkać i w teatrze, i w rzeczywistości, trzy wieki temu.
Ważne, żeby o tym pamiętać. O heroizmie kościuszkowców, o podjętych staraniach, o oddaniu Żydów. Żeby wiedzieć, że łatwo można utracić to, co trzymało się w dłoni jako gwarancję, że historia ma ciągle odradzający się wpływ na to, co stanie się później, żeby w końcu uczyć się na tym, co raz nie wyszło i więcej tego nie powtarzać. Ja uwierzyłam we wszystko, co aktorzy pokazali na scenie, a przecież o to właśnie chodzi w teatrze, żeby dać się oszukać. Kiedy na samym początku, gdy na scenie nie było jeszcze żywego ducha, wzrok widzów musiał spocząć na telewizorze zawieszonym gdzieś u boku sceny. Na ekranie pojawiła się twarz Andrzeja Mrozka, który z przejęciem, ale w wyważony sposób opowiadał historię Jakuba Rotbauma - dyrektora Teatru Żydowskiego, który stał niegdyś na miejscu dzisiejszego Polskiego. Opowieść obfitowała w dość szczegółowe detale z jego życia, w tym smutne obrazki z czasów, gdy Żydów relegowano z Polski, połączone z obrazowaniem oddziaływającym na zmysły, które wprost zmuszają słuchaczy do współczucia i wielkiego żalu. A gdy na koniec Mrozek powiedział, że to wcale nie było tak i że trochę przekoloryzował, rzeczywiście poczułam, że dałam się nabrać. Daliśmy się wszyscy nabrać tak, jak kiedyś naiwnie połknęliśmy wersję wydarzeń Ponińskiego, zanim nam otworzono oczy na zdradę. Ot, magia słowa. A to w teatrze jednak najważniejsze.
Karolina Obszyńska
Teatralia Wrocław
19 marca 2010
Teatr Polski we Wrocławiu
"Berek Joselewicz"
na podstawie "Roku 1794" Zenona Parviego oraz "Berka Joselewicza" Jakuba Waksmana
reżyseria: Remigiusz Brzyk
utwór sceniczny i dramaturgia: Tomasz Śpiewak
scenografia, kostiumy i reżyseria światła: Justyna Łagowska
reżyseria ruchu i opracowanie muzyczne: Izabela Chlewińska
asystent reżysera: Dorota Mrozewicz
asystent scenografa: Małgorzata Matera
konsultant języka jidysz: Anna Nowak
koordynator projektu: Hanna Frankowska
obsada:
Berek Joselewicz - Wiesław Cichy
Tadeusz Kościuszko - Halina Rasiakówna
Adam Poniński - Michał Mrozek
Ruchla - Alicja Kwiatkowska
Amster - Andrzej Mrozek
Józef Joselewicz - Michał Majnicz
Pałkin, Generał Fersen - Wojciech Ziemiański
Żydzi i żołnierze wojska polskiego - Katarzyna Strączek, Jakub Giel, Tomasz Lulek, Edwin Petrykat, Andrzej Wilk
Oddział Berka Joselewicza - Paulina Jóźwin (gościnnie), Lucyna Piwowarska-Dmytrów (gościnnie), Monika Rostecka-Komorowska (gościnnie), Kajetan Bartnicki (gościnnie), Łukasz Jurkowski (gościnnie) i Tomasz Pietrzykowski (gościnnie)
premiera: 19 luty 2010 r.