Kwaśne, zielone, fuj

Tymi słowami kończy się anegdotka, opowiadana przez jednego z bohaterów - Janka Topolskiego, dotycząca niemożności zerwania przez kogoś kuszących, smakowicie wyglądających owoców. Ci, dla których wiszą one zbyt wysoko i są poza ich zasięgiem, wolą o nich myśleć jak o niesmacznych, po prostu obrzydzając je sobie. Metafora niedostępnych, zakazanych owoców najkrócej formułuje wymowę fabularną spektaklu, zaś użyte przez Topolskiego określniki mogą posłużyć za lakoniczną recenzję całości.

Doprawdy trudno odnaleźć w tym przedsięwzięciu coś, co uratuje go przed całkowitym zalaniem jadem recenzenckim i przekreśleniem go z kretesem. "Lekkomyślna siostra" jest bowiem takim "kwaśnym", niesmacznym dziełem, które jawi się jako kuriozum na mapie spektakli Narodowego. Dziełem stworzonym przez - zdawać by się mogło - "zielonych" realizatorów, którzy albo są początkujący, albo przespali co najmniej ostatnią dekadę rozwoju teatru. Tymczasem wcale tak nie jest, reżyseruje bowiem Agnieszka Glińska - aktywna w zawodzie od wielu lat, a scenografię projektuje jej imienniczka - Agnieszka Zawadowska. Duet skądinąd znany, chyba nawet i doceniany. Tym bardziej trudno uwierzyć w to, co się widzi na Scenie przy Wierzbowej.

Lekkomyślna siostra TEATR NARODOWY Warszawa

"Lekkomyślna siostra"
fot. M. Ankiersztejn
Paweł Paprocki (Janek),
Krzysztof Stelmaszyk (Henryk),
Ewa Konstancja Bułhak (Helena)

Zacznę od przestrzeni, w jakiej rozgrywa się dramat, bo to ona w głównej mierze determinuje zachowanie aktorów/bohaterów. Cofamy się w czasie i przenosimy do "typowego", mieszczańskiego salonu z początku XX wieku. Zawadowska poszła na łatwiznę, budując na scenie po prostu trzy ściany, czwartą pozostawiając widowni, jak na naturalistyczny teatr przystało. Nieprawdopodobne, że w tej przestrzeni nie dzieje sie nic, poza tym, że postaci wchodzą i wychodzą. Kolejna sztuka o drzwiach. A ja myślałam (naiwna), że na coś takiego pozwalają sobie już tylko farsy i teatry z prowincji (nie obrażając teatrów z prowincji). Zadziwiające jest jednak coś innego, a mianowicie fakt, że brak w tym wszystkim konsekwencji. Gdyby scenograf pozostała przy swoim pomyśle, by robić realistyczny naturalizm, to byłoby jeszcze do przyjęcia. Niestety, Zawadowska wymyśliła "unowocześnienie" dekoracji poprzez wprowadzenie do nich obcych ciał pod postacią aluminium i pleksi (nawet trudno powiedzieć, co to jest - ściany dokoła uwieńczono świecącymi na różne kolory "kubikami"). Efekt jest okropny. Cały teren gry tworzą bowiem drewniane lub drewnopodobne elementy, a to "coś" jest jakby z innej bajki. Co gorsza, absolutnie niczemu nie służy, ponieważ zmieniające się kolory nie niosą za sobą żadnej treści (to z kolei raczej wina reżyserki światła). Ale to wcale nie znaczy, że reszta jest bez zarzutu. W seledynowych ścianach w białe ni to chmurki, ni baranki, ni kwiatuszki umieszczono coś na kształt okien, które są równie "nowoczesne" - otwory otoczono ramami i wypełnioną folią czy innym mlecznobiałym materiałem, na który pada światło. Nie odnajduję w tym zabiegu żadnego sensu poza estetycznym (i to w dodatku marnej jakości). Na tym jednak nie koniec. Wspomniane drewniane detale: stoły, krzesła, szafy, sekretarzyki, drzwi, framugi, a nawet parkiet na podłodze - wszystko to również cechuje eklektyzm. Wygląda to tak, jakby scenograf wyjęła z magazynu teatru, co jej wpadło w ręce. Wprawdzie sama przyznała onegdaj, że "rzeczy mogą do siebie nie pasować, mogą się wzajemnie zasłaniać, być niekompletne"1, ale nijak nie usprawiedliwia to tego zamysłu. W efekcie bowiem powstał obszar, który podcina skrzydła aktorom, osacza ich i sprowadza do jakiegoś przestarzałego stylu odgrywania (bo nie można tu powiedzieć o "graniu") postaci. Niewiarygodne, ale momentami wydaje się, że grzęzną oni w tej scenografii jak muchy w smole. Zniewoleni, obstąpieni, zatrzaśnięci, upupieni. Zapewne twórcom zależało na stworzeniu takiego miejsca "zamknięcia", otoczenia przez przedmioty, uśmiercenia bohaterów za życia przez te ściany, które symbolizować mają obyczajowość i mieszczańskie ramy moralne, za które nie wolno się im wychylać. To swoiste duszenie się w zatęchłym powietrzu przypominać ma zamieranie owadów w bursztynie. Jednakże intencja ta utknęła w sferze teorii, tak samo jak aktorzy na mieliźnie dekoracji Zawadowskiej.

Lekkomyślna siostra TEATR NARODOWY Warszawa

"Lekkomyślna siostra"
fot. M. Ankiersztejn
Ewa Konstancja Bułhak (Helena)

Na szczęście w tym ślepym locie ciem (żeby pozostać przy tej obrazowej owadzio-owocowej metaforyce) znalazło sie miejsce i dla motyla. Jest nim świetna w roli Heleny - Ewa Konstancja Bułhak. Aktorka stworzyła postać pełnokrwistą, opartą na opozycji: na zewnątrz - zimna, wierna ideałom mieszczańskim, wewnątrz - gorąca kobieta-wulkan złakniona prawdziwego życia. Z jednej strony wtłoczona w społeczne ramy wiernej żony, strażniczka moralności, z drugiej - niewierna żona, kochanka, autorka miłosnych listów. Rozważna i romantyczna w jednej osobie. Rozsądek mówi, by trwać w małżeństwie, które ją dusi. Serce podpowiada, by dać się ponieść miłości do Olszewskiego. W efekcie pozostaje obłudną karykaturą obu. Bułhak potrafi być w każdej scenie inna - raz eteryczna, raz zawzięta, na przemian silna lub słaba, wyrachowana i naiwna, zimna, surowa, oschła, a za chwilę namiętna, słodka i ujmująca. Artystka maluje Helenę pełną paletą barw, sprawiając, że widzimy w niej kobietę tragiczną, uwięzioną we własnych ograniczeniach i sztywnym gorsecie społecznym, w którym brak miejsca na prawo kobiety do człowieczeństwa.

I o tym też jest sztuka Perzyńskiego. Ale czy dziś "straszni mieszczanie" są jeszcze dla kogoś interesujący? Nawet, jeśli tkwią w obyczajowości rodem z XIX wieku, to nikogo to nie obchodzi, bo każdy może żyć jak chce, kobiety również. I nie wnikając nadmiernie w kwestie feministyczne, daleko już jesteśmy od obyczajowości, która każe nam przeklinać niewiasty porzucające mężów i wyrzucać je na margines społeczny. Dlatego też powiedzieć trzeba wyraźnie, że naturalistyczny teatr z jego społecznikostwem mocno się zestarzał. Po co więc sięgać po te teksty? Po co nazywać po imieniu coś, co już od dawna ma swoje nazwy? Tylko jedna odpowiedź przychodzi mi na myśl: dla publiki. Straszni mieszczanie przyjdą, pośmieją się z siebie samych, wytkną palcem, pomyślą, że skądś to znają (najpewniej z sąsiedztwa). I może ich to jakoś obejdzie, a może wcale. Nie wiem tego.

Lekkomyślna siostra TEATR NARODOWY Warszawa

"Lekkomyślna siostra"
fot. M. Ankiersztejn
Piotr Grabowski (Olszewski), Patrycja Soliman (Ada)

Agnieszka Glińska popełniła jeszcze jeden błąd. Obsadziła siebie samą w roli tytułowej siostry. Pojawia się ona na scenie dwukrotnie: wpierw w wydaniu femme fatale przyodzianą w ciemnoczekoladową, niemal czarną sukienkę, dwuznacznie opadające z nóg pończochy i rozpięte buty na obcasie, by w finale wrócić na rodziny łono jako wybielona, zbłąkana owieczka. I to dosłownie, zwarzywszy na jej odmieniony strój: dekadencki wygląd zastąpiono niewinnymi, białymi fatałaszkami i dziewczęcymi pantofelkami - bez obcasów rzecz jasna (metafora to grubo ciosana, oj, grubo). Kostiumy niestety są równie nietrafione jak cała aranżacja wizualna spektaklu. Zupełnie niezrozumiałe są przebieranki, zwłaszcza tych postaci, które nie przechodzą żadnej przemiany. Nie ma też potrzeby zaznaczania przez kostium upływu czasu, skoro się o tym mówi. Np. kreacje Heleny są w zupełności zbędne, wręcz natrętne, zdaje się nawet przeszkadzają aktorce.

Wracając do aktorstwa Glińskiej, jest ono niestety kompletnie pozbawione wyrazu, zdaje się, że reżyserka-aktorka wchodzi na scenę, by wypowiedzieć kwestię w zastępstwie za kogoś. Odnieść można wręcz wrażenie, że postać Marii odkleja się od efektu pracy pozostałego zespołu, jakkolwiek słabo by ci drudzy nie wypadli.

Wizualną stronę tej inscenizacji mogła uratować oprawa świetlna stworzona przez wybitną reżyserkę światła, znaną głównie ze współpracy z Grzegorzem Jarzyną - Jacqueline Sobiszewski. Niemniej jednak nie stało się tak. A to z dwóch powodów. Po pierwsze rażące okazują się efekty, wspomnianych wyżej, świecących "kubików" i "ram" okiennych, sztucznie zaaranżowanych w tej przestrzeni. Po wtóre zaś konstytutywny efekt stanowiły tu ciepłe, słoneczne, niemal pomarańczowe promienie światła, np. wpadające w pierwszej scenie zza okien, znane widzowi z pracy Sobiszewski choćby z "T.E.O.R.E.M.A.T.U". Niczym więc artystka nas nie zaskakuje, a wręcz rozczarowuje.

Przykro mi to mówić, ale realizowanie takich przedstawień, jakim jest "Lekkomyślna siostra", to zwyczajna strata czasu. Podobnie zresztą jak pisanie o nim. Dlatego pozwolę sobie na tym zakończyć mój smutny wywód.

Lena Berny
Teatralia Warszawa
13 marca 2010

1 Agnieszka Zawadowska, Najważniejszy jest aktor, "Teatr" 2000, nr 4/5/6.

Teatr Narodowy w Warszawie
Włodzimierz Perzyński
"Lekkomyślna siostra"
reżyseria: Agnieszka Glińska
scenografia: Agnieszka Zawadowska
muzyka: Maciej Małecki
reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski
obsada: Krzysztof Stelmaszyk, Ewa Konstancja Bułhak, Paweł Paprocki, Zbigniew Zamachowski / Łukasz Lewandowski, Agnieszka Glińska (gościnnie), Patrycja Soliman, Piotr Grabowski (gościnnie)
premiera: 14 luty 2009 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: redakcja@teatralia.com.pl | projekt i administracja strony: admin@teatralia.com.pl | projekt logo: jepe oyen