A jakie imię nosi twój bóg?
Historia sama w sobie zdaje się być niecodzienna, niezwykła, niespotykana i związana ze wszystkimi innymi przymiotnikami wskazującymi, że coś nie jest zwyczajne. Dowiadujemy się o wszystkich po trochu, stopniowo klarują się wszystkie wątki. Z wolna wnikamy do duszy młodego chłopaka - Alana Stranga. Jak to możliwe, żeby ktoś chciał szpikulcem oślepić szóstkę koni, skoro pracuje w stajni i zdaje się je tak uwielbiać? Razem z jego lekarzem - Martinem Dysartem - widzimy kolejno opowiadane zdarzenia.
Dysart, wpatrując się i wciągając w historię Alana, poznaje sam siebie. Odkrywa nieznane sobie wcześniej pragnienia. Marek Nędza jest świetny w roli lekarza zakotwiczonego we własnym bólu egzystencji. Cóż z tego, że stara się dociec, na czym polega tajemnica chłopaka, skoro wszystkie wnioski tak naprawdę wyciąga po to, by pomóc samemu sobie? Ta postać zdaje się być najmniej ulepiona z teatralnej gliny. Jej konstrukcja jest wycięta z filmów gangsterskich, lub też z kina noir, gdzie detektyw nigdy nie stoi w pełnym blasku światła. Trudno wszak jest dociec, czy więcej w nim dobrego, czy złego pierwiastka.
Z Alanem zaprzyjaźnia się Jill - Małgorzata Kocik. To jest naprawdę zwyczajna dziewczyna, zafascynowana młodością. Stara się poukładać swoje życie i intensywnie doświadczać każdej chwili. Ze wszystkich postaci jest chyba najbliżej rozwikłania złożoności Alana, choć to właśnie przed nią on najbardziej chce ukryć swoją tajemnicę.
Spektakl grany jest w zmiennej obsadzie, w głównej roli miałam okazję oglądać Pawła Paczesnego. Tkwi w nim coś z tego rozdygotanego emocjonalnie chłopca, obsesyjnie wiernego swojej własnej religii zrodzonej gdzieś na przecięciu matczynych nauk, zakazów ojca i chęci okiełznania natury dzikiego stworzenia. Paradoksalnie stanowi ona dla niego jedyny dostępny przejaw wolności.
Najważniejsza zdaje się być łączność pomiędzy aktorami. Grają ze sobą i współpracują, co przecież nie zawsze jest tak mocno widoczne w spektaklach. Na dobrą sprawę nie jest również zbyt często spotykane, by spijać sobie wzajemnie z ust każde słowo i grać tak, jakby życie Alana naprawdę zależało od nich. Tym większe uznanie - ponieważ najlepsze duety, należą do zmiennych w obsadzie. To znaczy, że relacje, które są fundamentem całego spektaklu, budowane są na nowo wraz ze zmianą głównego bohatera, czy zamianą miejsc Franka i Daltona. Umiejętne wypracowanie relacji pomiędzy doktorem a pacjentem, Jill i Alanem, Dorą i Frankiem jest konstruowane na nowo. Myślę, że to naprawdę duży sukces. Świadczy o dojrzałości tegorocznych studentów IV roku Wydziału Aktorskiego łódzkiej Szkoły Filmowej. Nie można jednak zamykać tego spektaklu tylko w kategoriach przedstawienia dyplomowego. I określać, czy zaliczyli to zadanie, czy nie. W nagrodę dwie róże czy trzy pęczki tulipanów? Absolutnie nie.
Ta inscenizacja wciąga widza i nie pozwala oderwać uwagi od sceny, czy pogrążyć się w jakiś nieokiełznanych myślach krążących od reflektora do stołu. To również widzowie łakomie spijają każde słowo czy wręcz każdy dźwięk dobiegający ze sceny.
Spektakl zasypuje sumienie gromadą wątpliwości, które nerwowo podgryzają nasz światopogląd. Kochać namiętnie? Czy tylko kochać, czy tylko namiętnie? Osobę, przedmiot, Boga, czy przyzwyczajenia, rutynę, niezmienność?
Nie da się ukryć, że sceny, które robią w spektaklu najsilniejsze wrażenie to te, w których zaangażowany jest chór. Prawie dwadzieścia osób - wybranych spośród męskiej części młodszych roczników wydziału aktorskiego - osaczając głównych bohaterów przypomina nadnaturalny twór. Zdają się tworzyć jedno ciało, o dzikim, prawie histerycznym spojrzeniu wyłamującym się spod maski. Osobiście poruszają mnie mocno spektakle, w których aktorzy na scenie tworzą swoje własne pododdziały. Postaci prawdziwe, których istnienie bezpośrednio wynika z tekstu dramatycznego, i te mechanicznie działające, które są pomiędzy słowami głównych bohaterów. Potrafią jednocześnie podkreślić, jak i zaprzeczyć ich realnemu istnieniu. Pokazują wyobrażenia. Tworzą zwarte szeregi i dynamicznego stwóra o wielu głowach. Scena z kina porno, wspomnienie Alana z pierwszego dnia w pracy w stajni, czy wreszcie pierwsza przejażdżka na prawdziwym koniu. Ich siła wyrazu tkwi właśnie z połączenia realności z fantazją, jednostek z masą, postaci ludzkich i marionetek.
Nie oznacza to jednak rozdrobnienia przedstawienia, jego rozkruszenia na sceny mocne kontra "plamy nudy". Spektakl jest spójna formułą, a widz chętnie przyjmuje wyzwanie do gry w ciągłe retrospekcje i czas realny. Taka formuła naprawdę potrafi wessać do reszty, gdy główny bohater jednocześnie przeżywa najważniejsze chwile ze swojego siedemnastoletniego życia i zdaje z nich relację w gabinecie doktora Dysarta.
W ocenach przedstawień studentów ostatnich lat szkół aktorskich bardzo zwraca się uwagę na wpływ pedagoga-reżysera na wygląd gry aktorskiej. Jest to często oczywiście pewne uproszczenie faktów, których weryfikacja jest raczej niemożliwa. Mówi się o "więzieniu" aktorów, o narzucaniu im interpretacji i gry. Stanowi to wstęp do niekończących się dyskusji o wpływie reżysera na ostateczny kształt spektaklu w ogóle. Teraz jednak chcę uciąć, jednym szybkim słowo-gestem, wszystkie znaki zapytania z tego przedziału. W spektaklu "Equus" w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego wszyscy prowadzili spójną grę, całkowicie kradnąc uwagę widza na niespełna 2,5 godziny spektaklu. Reżyserska wizja zdawała się udzielać wszystkim aktorom na scenie i wyglądało to tak, jakby z prawdziwą przyjemnością powzięli zadania ukazania tej mrocznej historii.
Olga Chwiłowicz
Teatralia Łódź
11 marca 2010
Teatr Studyjny Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi
Peter Shaffer
"Equus"
reżyseria i scenografia: Waldemar Zawodziński
kostiumy: Maria Balcerek
konsultant muzyczny: Dariusz Stachura
asystent reżysera: Jakub Mróz
obsada:
Martin Dysart - Marek Nędza
Alan Strang - Paweł Paczesny / Jakub Mróz
Hester - Laura Breszka
Jill - Małgorzata Kocik
Dora Strang - Iwona Karlicka
Frank Strang - Michał Jaros / Andrzej Niemyt
Dalton - Michał Jaros / Andrzej Niemyt
Pielęgniarka - Joanna Koc
Młody jeździec - Karol Stadnik
Chór/ Konie - Konrad Michalik, Piotr Gawron-Jedlikowski, Mateusz Król, Paweł Kudaj, Konrad Łaszewski, Filip Pławiak, Piotr Bondyra, Konrad Korkosiński, Maciej Kowalczyk, Damian Kulec, Hubert Kułacz, Tomasz Lipiński, Sebastian Machalski, Michał Malinowski, Antoni Milancej, Dawid Pokusa, Albert Pyśk, Marcel Sabat
premiera: 27 lutego 2010 r.