To nie tę-dy, ale tę-dy
Jednych bawią dowcipy o blondynkach, drudzy wolą żart sytuacyjny, jeszcze innych śmieszy tylko humor abstrakcyjny. Widzowie zgromadzeni w katowickim Teatrze Korez do łez zaśmiewali się przy sztuce "Łysa Śpiewaczka" Studenckiego Teatru Katowice. Czy jednak dramat Eugène Ionesco rzeczywiście jest komedią?
Fabuła przedstawienia opiera się na rozmowach dwóch małżeństw oraz służącej i strażaka, którzy na scenie pojawiają się epizodycznie. Spektakl otwiera monolog pani Smith skierowany do pana Smith, który nie zwracając najmniejszej uwagi na żonę, czyta Szekspira. Akcja rozgrywa się wokół stołu i ustawionych dookoła niego czterech krzeseł. Po jakimś czasie na scenie pojawia się oczekiwane przez państwa Smith, małżeństwo Martin, które po długiej rozmowie orientuje się, że jest małżeństwem. Rozpoczynają się pełne absurdu rozmowy. Pary toczą zacięte dyskusje, kłócą się i całują, słuchają opowieści przybyłego z wizytą strażaka i potępiają zachowanie służącej.
Zachowania postaci oparte są na stereotypach i warto przyjrzeć im się z bliska. Pani Smith (znakomicie zagrana przez Dagmarę Włoszek) jest typową Angielką. Jej zachowanie, poważny wyraz twarzy, brak uśmiechu i posunięty do granic rozsądku pedantyzm, wyrażają angielskie wartości i cnoty. Nawet ubiór pani Smith, brązowa garsonka i zapięta na ostatni guzik koszula z kołnierzykiem, wpisuje się w stereotyp cnotliwej Angielki. Pan Smith (Przemysław Bollin) będący idealnym dopełnieniem swojej żony pod względem zachowania czy ubioru, pozostaje jednak w cieniu despotycznej pani Smith. Podobnie jak u państwa Martin (Emilia Korytnicka i Lucjan Olszówka), którzy jednak wyrażają odmienne od swoich przyjaciół wartości. Ich stroje, poprzez pastelowo różową i fioletową kolorystykę, idealnie oddają zachowanie państwa Martin, pełne naiwności, beztroski, lekkomyślności. W interpretacji reżyserki Iwony Woźniak wyraźnie zarysowuje się przewaga kobiet nad mężczyznami, którzy są płaczliwi, zniewieściali i potrzebują pomocy swoich żon. Podobnie jest z kapitanem straży pożarnej i demoniczną, epatującą erotyzmem służącą państwa Smith, których łączy jakieś uczucie.
"Łysa śpiewaczka" w wykonaniu STK wierna treści dramatu Ionesco, pozbawiając przedstawienia muzyki i scenografii (poza wspomnianym stołem i krzesłami) kładzie akcent na grę młodych aktorów i pozwala na skupienie uwagi tylko na nich. Wprowadza także wizualne elementy, których celem jest wzmocnienie komicznych efektów. Bo właśnie w stronę komedii zmierza przedstawienie STK. Mechaniczne gesty, towarzyszące wypowiadanym zdaniom bez sensu czy wręcz bełkotom wypływającym z ust bohaterów, pozbawiają postaci człowieczeństwa, kreując z nich coś na kształt maszyny. Zabawne wydaje się toczenie tych absurdalnych rozmów i groteskowego wywodu, którego finałem jest stwierdzenie, że skoro ktoś dzwoni do drzwi, to znaczy, że nigdy nikogo za nimi nie ma. Krzyki, wrzaski, kłótnie, bieganie po scenie może bawić, ale warto zastanowić się, jaki jest prawdziwy sens sztuki tego francuskiego dramaturga pochodzenia rumuńskiego? Ionesco w "Łysej śpiewaczce", ale także w "Lekcji" zwraca uwagę na brak umiejętności porozumienia między ludźmi, paraliż komunikacyjny. Jego dzieła są dramatami krytykującymi język, dlatego też ze sceny pada tyle banałów i frazesów. Jak widać wydźwięk sztuki jest gorzki i pesymistyczny, z pozoru tylko zabawny, bo absurdalny.
Aktorzy Studenckiego Teatru Katowice działającego przy Pałacu Młodzieży w Katowicach, dobrze wcielili się w powierzone im role, przez co można wybaczyć im drobne potknięcia językowe. Położyli też nacisk na tę stronę dramatu Ionesco, która jest sednem sztuki. Ciekawe tylko, na ile publiczność zrozumiała sens ukryty w treści "Łysej śpiewaczki". Bo gdyby poznała go w pełni, nie zaśmiewałaby się do rozpuku. Bo tak naprawdę, nie ma z czego.
Katarzyna Głowacka
Teatralia Śląsk
8 marca 2010
Studencki Teatr Katowice
Eugène Ionesco
"Łysa Śpiewaczka"
reżyseria: Iwona Woźniak
obsada: Dagmara Włoszek, Emilia Korytnicka, Monika Reks, Lucjan Olszówka, Przemysław Bollin, Amadeusz Musioł