Wszyscy jesteśmy nim objęci
Znacie Państwo taką prymitywną, sztubacką zabawę w "podaj dalej, bo skiśniesz"? Ma ona swoje różne wersje, ale w przybliżeniu polega na przekazywaniu jakiegoś gestu bądź przedmiotu od osoby do osoby. Zazwyczaj bawi się w nią zamknięty krąg kilkunastu osób, więc prędzej czy później "zainfekowany" przedmiot trafia ponownie w każdą parę rąk. We wznowionym właśnie spektaklu "Justyna" niezależnego wrocławskiego Teatru Korba tym przedmiotem jest szaleństwo.
W grze biorą udział trzy osoby. Ryzyko, że podawana z rąk do rąk bomba wybuchnie w czyichś rękach jest więc większe. Początkowo jednak nic nie zapowiada, aby spektakl miał być podszyty szaleństwem. No, może poza jednym szczegółem - przy wejściu do sali teatralnej w Autorskim Liceum Artystycznym "ALA" zamiast biletu dostaje się czarne pudełeczko po zapałkach, a w środku karteczkę z napisem "Myślisz, że udało ci się go zniszczyć?". To sieje niepokój, który jest stopniowo usypiany przez pierwsze minuty spektaklu. Oto mamy dwie siostry - sarkającą i zgryźliwą Kingę (Zuzanna Wasilewska) i zlęknioną, odrealnioną, ale upartą Justynę (Marzena Gabryk). Kobiety rozmawiają, wspominają i kłócą się, z ich dialogów możemy wywnioskować, że są dorosłe, mieszkają razem, Kinga opiekuje się lekko szaloną Justyną, a główną kością niezgody pomiędzy nimi jest tajemniczy Filip - nie wiadomo - kot, dziecko?
Sprawy komplikują się, gdy w tę scenerię wkracza doktor (Tomasz Rytwiński). W pewnym momencie tracimy rozeznanie - kto z nich jest szalony? Każda kolejna scena rzuca podejrzenie na inną osobę. W końcu nie wiadomo nawet, kto tu istnieje, a kto nie, kto siedzi w czyjej głowie, kto jest wytworem czyjej wyobraźni. Czy Filip to jednak kot, czy może rzeczywiście dziecko? I czy w ogóle istnieje ktoś taki, jak Filip? I czy istnieje Justyna? Wersja, w której Justyna jest tylko siostrą wyobraźni Kingi wydawałaby się najbardziej prawdopodobna, gdyby nie scena... w której doktor rozmawia z Justyną sam na sam. Na pytanie, kto jest tutaj głównym reżyserem, kto powołał do życia te postaci, w czyjej głowie one siedzą, nie da się odpowiedzieć. Jedynym sensownym wnioskiem jest to, że wszyscy jesteśmy szaleni, każdy z nas ma w głowie swojego Filipa.
Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie w tym spektaklu dwie młode aktorki, które, nie będąc profesjonalistkami, nie dały tego po sobie poznać. Ich role były dopieszczone i dopracowane. Niezbyt fortunnym pomysłem było natomiast to, żeby Tomasz Rytwiński - reżyser spektaklu - jednocześnie w nim wystąpił. Bardzo dobrze poradził sobie ze scenografią - jest niskobudżetowa, prosta, ale wymowna. Sznurkowa huśtawka, świetnie ogrywana przez aktorki, drewniane pudło, krzesła - praca ze scenografią i rekwizytami bardzo udatnie klamrowała cały spektakl. Natomiast jako aktor Rytwiński się nie sprawdził, grał sztucznie, nie pasował do skupionego, przesiąkniętego emocjami nastroju spektaklu.
A na niepokojące pytanie, które znalazłam w pudełku od zapałek, przychodzi mi tylko jedna odpowiedź, pochodząca z "Traktatu moralnego" Czesława Miłosza:
Nie sądź poza tym zbyt pochopnie
Bo różne są obłędu stopnie.
I z chęcią czy też mimo chęci,
Wszyscy jesteśmy nim objęci.
Jolanta Nabiałek
Teatralia Wrocław
6 marca 2010
Teatr Korba (Wrocław)
"Justyna""
na podstawie dramatu "Justyna, siostra mojej" Małgorzaty Mroczkowskiej
reżyseria i adaptacja: Tomasz Rytwiński
muzyka: Rafał Rudawski
scenografia: Andrzej Kabat, Tomasz Rytwiński
obsada: Marzena Gabryk, Zuzanna Mikołajczyk, Tomasz Rytwiński
premiera: 7 luty 2008 r., wznowienie: 4 marca 2010 r.