zwykła czcionka większa czcionka drukuj

Rozsądny rachunek, czyli recenzent w potrzasku. Rzecz o przypalonej pieczeni

Znam osoby, które tęsknią za teatrem "klasycznym", "tradycyjnym". Ale nie w znaczeniu "klasycznej" tragedii wedle Arystotelesowskich reguł (bo takowych nawet nie znają) czy czegoś w rodzaju klasycystycznego tekstu np. Racine'a (bo tego nie bardzo kojarzą), lecz w rozumieniu powszechnym, ogólnym, obiegowym. Czyli w sensie trudno definiowalnym, acz pospolicie używanym.

Łatwiej wskazać na to, czego spektakl "klasyczny" zawierać nie powinien niż to, jak ta klasyczność miałaby się wyrażać. Tak więc: tekst nie powinien być współczesny (wszelkie awangardy i eksperymenty dwudziestowieczne są już zbyt współczesne, linia demarkacyjna przebiegałaby zatem na Czechowie), nie może też zawierać wulgaryzmów (tylko wysublimowana, poprawna polszczyzna, którą można by spotkać w muzeum, gdyby takowe istniało, nie liczy się bowiem ani "żywy" język, ani jego soczystość, ważna jest poprawność - wszelkiego rodzaju); realizacja takiego utworu musi być bez udziwnień (żadnych kobiet-Hamletów, tudzież rozbicia postaci na kilku aktorów i odwrotnie - jednego aktora grającego wielu bohaterów jednocześnie); teatr enwironmentalny zdecydowanie niemile widziany (koniecznie tradycyjny podział na widownię i scenę, które dzieli bezpieczna rampa); "porządna" scenografia (najchętniej ściany, ażurowe konstrukcje aluminiowe niewskazane; uwaga - całkowity zakaz projekcji multimedialnych i innych tego typu atrakcji!); aktorzy winni wypowiadać tekst z odpowiednią dykcją (a nie bełkotać pod nosem); a do tego wszystkiego odpowiednie kostiumy. Koniecznie z epoki! Najchętniej widziane: romantyzm, przełom XIX i XX-wieku, antyk, barok, i rzecz jasna - rokoko.

Umowa czyli Łajdak ukarany TEATR NARODOWY Warszawa

"Umowa czyli Łajdak ukarany"
Małgorzata Kożuchowska,
Wiktoria Gorodeckaja
fot. M. Ankiersztejn

Zbierając wszystko do jednego worka, można wysnuć wniosek, że delikwent - potencjalny widz, złakniony "tradycyjnego" teatru, ma ochotę na sztukę - "ramotę". Ale czy aby na pewno zawsze suma tych wytycznych daje ramotę? Nie zawsze. Warunek jest jeden: sztuka musi być zrealizowana w Teatrze Narodowym.

Tak jest poniekąd w przypadku spektaklu "Umowa, czyli Łajdak ukarany". Do cech "klasycyzujących" zaliczylibyśmy - używając powyższej nomenklatury - następujące kwestie:

1) utwór dramatyczny - autorstwa Pierre'a de Marivaux, którego twórczość wpisuje się w kanon "klasycznych" dzieł, a jego życie i działalność przypadające głównie na XVIII wiek, oddalają nas bezpiecznie od ohydnej współczesności, zaś tematyka igraszek i pułapek miłości zapewnia zainteresowanie widza złaknionego "klasycznej" strawy;

2) kostiumy (Dorota Kołodyńska) - mimo że są raczej inspirowane epoką i stylizowane na francuską modę dworską, niźli wiernie odtworzone, oddają charakter czasów "wstążek i koronek", zarówno w przypadku panów (Lelio i Kawaler ubrani są w typowe dla tamtego okresu szustokory lub habit - dopasowane fraki z materiałów ozdobionych haftem tudzież z aksamitu, z wywijanymi, szerokimi mankietami, pończochy (niestety tu nie obowiązujące wówczas białe, tylko ciemne), kapelusze trójgraniaste, kamizelki bez rękawów na zdobne guziczki i z odkładanymi klapami, obcisłe spodnie za kolano (culotte), fryzury z warkoczami (harcapami), na których zawiązano jedwabne czarne woreczki na kokardę (harbajtel), koszule z żabotami wyeksponowanymi pod szyją i falbankami przy mankietach oraz trzewiki na niskim obcasie), jak i w przypadku Księżnej - jedynej "ujawnionej" kobiety (wielowarstwowa, jedwabna (prawdopodobnie, tego bowiem widz teatralny wiedzieć na pewno nie może) suknia (krynolina) w modny wzór (elementy florystyczne w pastelowych, jasnych kolorach), złożona z wyszczuplającego talię, ciasno sznurowanego, usztywnionego fiszbinami gorsetu uwydatniającego biust oraz spódnicy opartej na stelażu (panier inaczej rogówka) poszerzającym biodra, z rękawami do łokcia (en pagode) zakończonymi falbanami (angażantami), pod szyją zaś koronkowa, biała kolareta;

3) postaci - libertyn Lelio (Grzegorz Małecki), Księżna (Małgorzata Kożuchowska), słudzy (Jerzy Radziwiłowicz, Karol Pocheć, Jerzy Łapiński), Kawaler (Wiktoria Gorodeckaja) - cała paleta typów z przeszłości;

4) anachroniczne obyczaje, zasady, stosunki międzyludzkie - począwszy od układu pan-sługa, przez "umowy przedmałżeńskie" czy zawieranie małżeństw głównie dla pieniędzy lub podniesienia swojego statusu społecznego, po pojedynki czy taniec dworski, etc.

Są jednakowoż w spektaklu i elementy burzące tę "klasyczną" budowlę, a mianowicie:

1) współczesne, smakowite tłumaczenie (Jerzy Radziwiłowicz), które powoduje, że słuchamy ludzi z innej epoki mówiących językiem zrozumiałym, żywym, soczystym acz wysublimowanym, bez wulgaryzmów (pada co prawda jedno "cholera" czy "cholercia" z ust Jerzego Łapińskiego, ale po pierwsze nie brzmi to u niego jak wulgaryzm, a po wtóre prawdopodobnym się zdaje, że on sam słowo to wplótł przypadkiem w swą wypowiedź);

Umowa czyli Łajdak ukarany TEATR NARODOWY Warszawa

"Umowa czyli Łajdak ukarany"
Wiktoria Gorodeckaja,
Jerzy Radziwiłowicz
fot. M. Ankiersztejn

2) scenografia (Dorota Kołodyńska) - nawiązująca wprawdzie do stylu ogrodu angielskiego ("luźno" rosnące drzewa), ale jednak wykonana z materiałów niemiłych dla konesera "klasycyzmu": brak ścian i zamkniętego pudełka, drzewa namalowane (nadrukowane) na grube, przezroczyste, plastikowe folie, które stosowane niczym kulisy - wysuwają się z obu stron sceny i zjeżdżają w środku, tworząc mniej lub bardziej zagęszczony parczek-las. Do tego huśtawka. Nieodłączny element francuskiego ogrodu, niczym wyjęta z obrazu Jeana-Honoré Fragonarda (który notabene czynił tematami swych dzieł te same motywy, co Marivaux, czyli najogólniej rzecz ujmując tzw. fete galante ("święto wytworne") - dworskie, frywolne zabawy, miłostki, przyjemności, umiejscawiane zazwyczaj na tle natury); całość wraz z kostiumami utrzymana w barwach pastelowych, jasnych, rozbielonych. Brak mebli i zbędnych rekwizytów (są one ograniczone do minimum) powoduje, że wielbiciel "klasycznego" teatru traci punkt zaczepienia;

3) gra niektórych aktorów z dystansem, który wywołuje rezonans u odbiorcy złaknionego psychologizmu postaci rodem ze Stanisławskiego (szczególnie mam tu na myśli kreację Grzegorza Małeckiego, który jako jedyny, prócz autora przekładu i odtwórcy Trivelina w jednym, pokusił się o jakiekolwiek zachowanie rezerwy wobec swego bohatera, co sprawiło, że jego Lelio stał się jedną z nielicznych "żywych" postaci - obok wspomnianego Trivelina).

Na tym aspekcie zaprzestańmy dalszej analizy "klasyczności" przedstawienia, warto bowiem skupić się również na innych kwestiach, np. rozwinąć podjęty jako ostatni wątek, tj. aktorstwo. Trudno jednoznacznie nie stwierdzić, że "Umowa..." należy bezapelacyjnie do jednego aktora, czyli do Jerzego Radziwiłowicza. Przez cały wieczór nie opuszczała mnie myśl, że artysta przetłumaczył (jako się rzekło - w sposób wyborny) tekst Marivaux głównie po to, by móc zagrać upatrzoną przez się postać. I szczerze mówiąc, nawet gdyby całe przedsięwzięcie nie było warte świeczki, warte byłoby na pewno tej roli. Radziwiłowicz z gracją, lekkością i nieskrywaną przyjemnością kreuje Trivelina, który od pierwszych sekund po ostatnie (gdzie, niestety nie jest eksponowany tak mocno, jak wcześniej) wzbudza w widzu sympatię i zajmuje jego uwagę niepodzielnie. I tak, mniej nas obchodzą losy Księżnej czy Kawalera niźli tego brudnego pijaczka. Śmiejemy się z jego rubasznych żartów, groteskowych zalotów do - ukrytej pod ubraniem Kawalera - wybranki serca, opowiadanych przezeń nieprawdopodobnych historii, zabawnych qui pro quo z jego udziałem, a nawet z tego, jak się porusza po scenie i w jaki sposób mówi. Inteligentna to bestia, nie ma co.

Niestety nieco gorzej wypadają pozostali odtwórcy. Poza wspomnianym Małeckim, który bawi się swoją postacią, ukazuje jej słabości i jawnie je ogrywa, oraz Jerzym Łapińskim, który pokazuje się jedynie w pierwszej scenie (aż żal, że na tym kończy się jego rola), reszta prezentuje się niezbyt udanie. Gorodeckaja w roli kobiety w męskim przebraniu nadekspresyjnie buduje swą postać: mówi zbyt patetycznie, za bardzo gestykuluje i używa nazbyt przerysowanej mimiki. W efekcie mamy wrażenie, że udawanie mężczyzny jest dla aktorki za dużym wyzwaniem i nie przekonuje ona ani jako Kawaler, ani jako kobieta. Trudno powiedzieć, czy młodej aktorce brakuje talentu, czy to raczej wina reżysera, że akurat tak poprowadził tę postać, bo potencjał Gorodeckajej i jej determinacja są widoczne.

Podobnie rzecz się przedstawia w przypadku Arlekina kreowanego przez Karola Pochecia, który zanadto uwierzył we wspomnianą już metodę Stanisławskiego. Nadmierne wczuwanie się w bohatera, obecnego w pewnym momencie niemalże cały czas na scenie, spowodowało, że powstała właściwie karykatura, a nie prawdziwa osoba z krwi i kości. Szkoda, bo mógł to być równie przebiegły i nie mniej barwny towarzysz dla Trivelina, jak on sam.

Umowa czyli Łajdak ukarany TEATR NARODOWY Warszawa

"Umowa czyli Łajdak ukarany"
Grzegorz Małecki,
Małgorzata Kożuchowska
fot. M. Ankiersztejn

Księżna Kożuchowskiej zaś wzbudziła we mnie swego rodzaju ambiwalencję: była sztywna (i to chyba nie z winy gorsetu) jak porcelanowa figurka (tak ulubiona w epoce rokoka nomen omen), zimna, sztuczna i nieprawdziwa, a przez to momentami wręcz mdła i ostatecznie mało przekonująca. Ambiwalencja polega na tym, że z jednej strony - taka mogłaby być prawdziwa księżna - wyrachowana i chłodna, ale z drugiej - czym więc wabić by miała swych potencjalnych adoratorów? Kożuchowska w swej roli nie ma za grosz erotyzmu, brak w niej lekkości, nie mówiąc już o filuterności czy frywolności, tak typowych dla ówczesnych kobiet dworskich. Co prawda porusza się ona dystyngowanie, sili na swawolny uśmiech, i generalnie ma w sobie coś z damy, jednakże wszystko to za mało. Przed oczami staje bowiem Markiza de Merteuil w kongenialnym wykonaniu Glenn Close i całe starania Kożuchowskiej idą wniwecz. Doprawdy nikt nie przekona mnie, że pani Małgorzata jest dobrą aktorką, nawet sam Jarocki.

Całość przedsięwzięcia opiera się właściwie na barkach Radziwiłowicza. Zastanawia jednak sensowność tej realizacji. Tematyka mocno przebrzmiała (choć oczywiście miłość to motyw zawsze aktualny, tylko czy takowa w ogóle się tu pojawia?), bo któż dziś zawiera umowy przedmałżeńskie? Na tym wątku zbudowany jest cały spektakl, więc pytanie nie jest bezzasadne. Nijak się tego nie da uaktualnić, ani tym bardziej ominąć. Zaryzykowałabym twierdzenie, że to nie tylko kwestia tego utworu, ale że w ogóle francuski dramatopisarz się zestarzał, zdezaktualizował, więc po cóż po niego sięgać? Nie jest to wszak uniwersalne, genialne pióro typu Moliera, Szekspira czy Racine`a. Typowe dla Marivaux perypetie, intrygi, powikłania, a co za nimi idzie brak tragizmu oraz komizm sytuacji, związane są nierozerwalnie z sytuacjami typowymi dla XVIII-wiecznego dworu. Przeniesienie akcji w jakiekolwiek inne miejsce jest niemożliwe z racji tematyki właśnie i intrygi opartej na ówczesnej obyczajowości. Powstaje tym samym zaklęte koło niemożności.

Jacques Lassalle być może dostrzegał potencjał w tekście swego rodaka. Niestety nie potrafił tego przenieść na deski, uległszy wspomnianej niemożności, co najbardziej widoczne jest w scenach z weselnikami (jakby przylepionymi na siłę do reszty) oraz w finale. Ten swoisty epilog kompletnie pogrążyłby dzieło, gdyby nie inne, wcześniej wymienione walory. Scena finałowa jest po prostu żenująco infantylna. Poza pokazaniem Gorodeckajej w sukience (współczesnej, nie wiedzieć czemu) bodaj jedynie w celu potwierdzenia jej kobiecości, epizod ten nie wnosi nic kompletnie do całokształtu.

Tak więc ramotą nazwać "Umowę..." byłoby niesprawiedliwością. Ale o świeżość i nowatorstwo posądzać też nie sposób. Niestety pieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu, tj. zadowalanie widza-konesera teatru tradycyjnego z dogadzaniem widzowi-pasjonatowi inwencji i nowoczesności w myśleniu o teatrze, nie zawsze kończy się udaną kolacją. Efekt może być taki, że ktoś odchodzi od stołu, jak w finale "Umowy...".

Wielkie ukłony dla talentu zarówno aktorskiego, jak i translatorskiego Jerzego Radziwiłowicza raz jeszcze, uznanie dla pracy scenografa. Tylko tyle z mojej strony.

Lena Berny
Teatralia Warszawa
2 marca 2010

Zainteresowanym tematyką kostiumów polecam lekturę:

1. M. Możdżyńska-Nawotka, O modach i strojach, Wrocław 2002.
2. http://cqmagonline.com/vol03iss03/articles/317/index.shtml.
3. http://laracorsets.com/History_of_the_corset_001_Start_page.htm.
4. http://pl.wikipedia.org/wiki/Panier.
5. http://www.farthingales.on.ca/pannier.htm.
6. http://www.metmuseum.org/toah/hd/18sil/ho_C.I.61.13.1a,b.htm.

Teatr Narodowy w Warszawie
Pierre de Marivaux
"Umowa, czyli Łajdak ukarany"
("La Fausse Suivante, ou le Fourbe puni")
tłumaczenie: Jerzy Radziwiłowicz
reżyseria: Jacques Lassalle
scenografia: Dorota Kołodyńska
muzyka: Jacek Ostaszewski
światło: Mirosław Poznański
asystent reżysera: Philippe Chauvin
współpraca reżyserska: Edward Wojtaszek
asystentki scenografa Dorota Chojecka, Anita Trzaskowska
obsada:
Kawaler - Wiktoria Gorodeckaja
Hrabina - Małgorzata Kożuchowska
Frontin - Jerzy Łapiński
Lelio - Grzegorz Małecki
Arlekin - Karol Pocheć
Trivelin - Jerzy Radziwiłowicz
W divertimentach występują gościnnie: Para Młodych: Grzegorz Kwiecień (AT)/Jakub Wieczorek, Lidia Sadowa/Dorota Rubin; Świadkowie: Iza Gwizdak/Irena Sierakowska, Łukasz Mąka/Jędrzej Taranek, Dziad - Zbigniew Bogdański, Dzieci - Zespół muzyczny w składzie: I skład: Janusz Prusinowski (skrzypce, śpiew), Agata Harz (śpiew), Michał Żak (flet, szałamaja), Piotra Zgorzelisk (basy), Piotr Piszczatowski (bęben), II skład: Maciej Filipczuk (skrzypce), Olga Stopińska (śpiew), Remigiusz Mazut-Hanaj (bęben, śpiew), Paweł Iwaszkiewicz (szałamaja, flet), Katarzyna Delatur/Daniel Delatue (basy), Śpiewacy: Justyna Stępień (gośc.), Katarzyna Januszczyk, Wojciech Parchem (gośc.)/Rafał Grozdew, Karol Bartosiński (gośc.)/Jakub Burzyński, Instrumentaliści: - Anna Sikorzak-Olek (harfa)/Agnieszka Bemowska (harfa), Marek Jankowski (wiolonczela)/Jakub Kościnkiewicz (wiolonczela)
premiera: 5 marca 2009 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: redakcja@teatralia.com.pl | projekt i administracja strony: admin@teatralia.com.pl | projekt logo: jepe oyen