zwykła czcionka większa czcionka drukuj

Geniusz w objęciach demona

Niżyński - zjawisko niepokojące; piękno absolutne, cielesna doskonałość versus mroczny stan chorego umysłu. Fenomenem tej postaci zajmowali się już wielokrotnie poeci, pisarze, malarze oraz reżyserzy filmowi i teatralni. Fascynacja Niżyńskim, geniuszem i schizofrenikiem, stała się wręcz ideowym credo, wyznaniem wiary w potęgę i niszczycielską moc demona sztuki, który straszliwie doświadcza najlepszych spośród swoich oblubieńców. Po legendę tancerza sięgnął także Lubelski Teatr Tańca, kreując intrygujący spektakl pod wymownym tytułem "NN".

Nomen nescio - nieustalona tożsamość

Z zachowanych fotografii - prywatnych i przeznaczonych dla szerokiego grona admiratorów - wyziera postać świeża i młodzieńcza, pewna swojego gestu i ufna w moc artystycznego talentu. Niżyński, odziany w bajeczne kostiumy projektu Leona Baksta czy Alexandra Benois, przypomina chłopca z zaczarowanej, odległej krainy. Gdzie jest jednak oblicze człowieka, który dla sztuki poświęcił niemal wszystko - wolność, zdrowie, a w końcu własną tożsamość?

Niżyński pisał o sobie: "Jestem Apisem, jestem Egipcjaninem, czerwonoskórym, Negrem, Chińczykiem, Japończykiem, obcokrajowcem, nieznajomym. Jestem ptakiem morskim wzlatującym nad stałym lądem..."1. Był wszystkim. W zapiskach z "Dzienników", będących studium choroby, ale także wstrząsającym świadectwem ogromnej wrażliwości, zacierają się granice pomiędzy porządkami rzeczywistości. Niżyński bez trudu wciela się w inne istnienia, przejmuje emocje i doświadczenia; zamyka oczy po jednej stronie, by otworzyć je po drugiej. W tragicznym bełkocie schizofrenika ożywają postaci z baletów - kolorowe, różnorodne, manieryczne; dopominają się o głos, kuszą, obiecują oklaski. Wiedzą, że nie były mniej prawdziwe od samego mistrza - ciała - Niżyńskiego.

Niżyński był także Bogiem. Swojej relacji z Absolutem, która przybiera ton niemal intymny, poświęca w "Dziennikach" wiele miejsca; pisze o sobie i o Nim: "On lubi pozostawać nieporuszony, podczas gdy ja muszę się kręcić, muszę tańczyć... Jestem jednocześnie człowiekiem i Bogiem [...]. Bóg uczynił mnie z ciała. Jestem Bogiem, Bóg jest źródłem mego szczęścia. Dar, jaki uczyniłem mu ze swej miłości, jest jednocześnie uśmiechem, jaki ofiaruję sobie samemu"2. Przeczucie niezwykłego zespolenia z Bogiem, które przenika każdy gest i każdą myśl, jest u Niżyńskiego związane z - niemal obsesyjnym - pragnieniem kochania i bycia kochanym. Niezliczone odwołania do relacji z Siergiejem Diagilewem, twórcą Les Ballets Russes oraz mentorem i kochankiem tancerza, świadczą o nieuciszonej traumie, mentalnym zniewoleniu. To Diagilew uczynił zdolnego, młodego artystę podziwianym na całym świecie Vaslavem Nijinskym, który porzucił siebie, by stać się zjawiskiem. Niżyński był schizofrenikiem; z tożsamości odarła go także choroba. Od początku lat 20. tancerz cierpi na ataki psychozy i manię prześladowczą. Mimo czujnej opieki żony, Romoli de Pulszky, jego umysł coraz bardziej zagłębia się w ciemny krąg wizji i przeżyć. Niżyński gorąco wierzy we własną wielkość, wmawia sobie, że prowadzi przewrotną grę z bliskimi, udaje. Leczenie Eugene'a Bleulera nie pomaga. Kim zatem był Niżyński?

NN (Wacławowi Niżyńskiemu) LUBELSKI TEATR TAŃCA

"NN" (Wacławowi Niżyńskiemu)
fot. M. Bielecki

W spektaklu Lubelskiego Teatru Tańca ponownie podjęto wątek biografii artysty; od tego uciec się nie da. Nie uczyniono tego jednak w sposób dosłowny, jak w słynnym filmie Paula Coxa ("Nijinsky"), "NN" obywa się bez passusów z "Dzienników". Za pomocą języka wystudiowanego gestu (choreografia Ryszarda Kalinowskiego) wchodzi w dyskurs tożsamości i próbuje odpowiedzieć na samostawiające się pytanie.

NN - niepokój i niemoc

Sztuka była dla Niżyńskiego żywiołem. Tancerz realizował się w niej jakby na wpół świadomie, poddany działaniu fatum. "NN" daje interesującą odpowiedź na pytanie o tożsamość każdego artysty, ale także o źródło sztuki w ogóle. Analizując legendę Niżyńskiego, rozbijając ją na czynniki pierwsze, nakreślono spektakl, będący nie tylko wstrząsającym studium mentalnej choroby, ale także symbolicznym szkicem na temat walki, toczącej się w umyśle geniusza - rzecz o bolesnych narodzinach sztuki. W pierwszej scenie spektaklu obserwujemy człowieka bezwolnego, siedzącego na wprost widowni. Ta marioneta bez sznurków - którą umownie można byłoby nazwać Pierwszym - ma za sobą pas białego materiału, rozpięty między sufitem a podłogą; wyznacza on przestrzeń egzystencji postaci. Pogrążony w uśpieniu mężczyzna ubrany jest w ascetyczny kostium - białą, płócienną koszulę i spodnie.

Wrażenie izolacji, emocjonalnego "zamknięcia", potęguje minimalistyczna scenografia, której dominującym akordem są żarówki zawieszone na długich linkach. Podczas trwania spektaklu ta cudownie prosta "instalacja świetlna" będzie zamieniać się w rozgwieżdżone niebo lub podkreślać surowość i chłód rodem ze szpitalnej sali.

Drugi pojawia się nagle; stoi na tle analogicznego pasa białego materiału. Za sprawą identycznego kostiumu, zdaje się być repliką Pierwszego. Owo wrażenie okazuje się jednak bardzo złudne. Tym razem płótno jest podświetlone niczym ekran, co stwarza okazję do odcieleśnienia postaci, która - przechodząc na drugą stronę - przeistacza się w cień.

Pierwszy i Drugi rozpoczynają taniec; jest to taniec na śmierć i życie. Bezwolnemu ciału Pierwszego Drugi użycza witalnej energii, asekuracji i mocy ramion. Początkowo ruchy są nieporadne, omyłkowe, bez znamion jakiegokolwiek uroku. W końcu Pierwszy wykonuje samodzielną sekwencję, daleką od doskonałości. Dopiero później, na chwilę wyzwolony, przeistacza się w artystę, mistrza, geniusza - określa, czym jest dla niego taniec.

Moment wyzwolenia nie trwa długo; na scenę wkrada się niepokój i przemoc. Drugi - wiedziony animalnym instynktem - krępuje ciało kruchego tancerza. Pierwszy wije się teraz w bezlitosnych pętach naprędce skręconego sznura, który jeszcze przed chwilą był białą materią ekranu.

Powracamy do szpitalnej scenerii. Drugi zajmuje miejsce w przestrzeni Pierwszego, wykonując transowy taniec za jego zgarbionymi plecami, raz po jednej, raz po drugiej stronie podświetlonego ekranu (tancerz/cień). Wydaje się, że myśli płoną - zimne, uśpione ciało ogarnia prawdziwy chaos obrazów i wrażeń.

NN (Wacławowi Niżyńskiemu) LUBELSKI TEATR TAŃCA

"NN" (Wacławowi Niżyńskiemu)
fot. M. Bielecki

Scena finałowa to eksplozja emocji. Ciało Pierwszego zamienia się w przerażający, bezwolny mechanizm, gorączkowo wykonujący przypadkowe sekwencje ruchów. Odbywa się tragiczny pojedynek, w którym nie wiadomo, kto jest czyim wrogiem, kiedy wymierzyć cios, a kiedy desperacko wyciągnąć dłoń, prosząc o ratunek...

NN - lustro

Tożsamość Pierwszego wydaje się łatwa do ustalenia. Oto Niżyński, mężczyzna o fizjonomii chłopca, zmagający się z własnym ciałem, lękami, obsesją. Drugi ożywia go, wlewa weń "boskie tchnienie", które ostatecznie okazuje się być zalążkiem, iskrą - chciałoby się rzec, nieuleczalnego - żaru sztuki. Pod wpływem jego asekurujących gestów Pierwszy zaczyna istnieć jako artysta.

Kim zatem jest Drugi? Boskim wysłannikiem, geniuszem sztuki? Niewątpliwie. Jest także ucieleśnieniem Szaleństwa. Co więcej, przez jego postać przemawia mroczna strona świadomości, przyczajona, ukryta głęboko we wnętrzu każdego umysłu. Drugi występuje przecież niejako podwójnie. W jednej chwili, w swej cielesnej odsłonie, chwyta Niżyńskiego za gardło, by w drugiej, jako cień, pulsować transowo, mącić myśli, tlić się płomykiem manii.

Drugi jest także osobliwym alter ego Pierwszego. Z pozoru identyczni, szybko okazują się być dwoma skrajnymi biegunami istnienia. Drugi jest obdarzony siłą i mocą, pewnością gestu i ruchu, które stara się przelać w ciało swojego kruchego towarzysza. Niżyński okazuje się jednak materią nie dość pojemną, by pomieścić ekspresję, "boską" wizję.

Fakt rozszczepienia lub multiplikacji, określający świadomość oraz egzystencję osoby, wskazuje na kolejny aspekt spektaklu. Bohaterem "NN" jest tancerz, pojęty jako figura aktora w ogóle. W tym sensie zmagania Pierwszego z Drugim stają się metaforycznym ścieraniem się osobowego, prywatnego "ja" z tożsamością wykreowaną, niematerialnym tworem fikcji. Niewątpliwie także z tego powodu Drugi ukazuje się zarówno jako postać cielesna, jak również cień - obraz. Kreacja aktorska jest zawsze pokazem, zdobywaniem nowego pola dla powstającej tożsamości. Pierwszy nie może istnieć bez Drugiego, Drugi bez Pierwszego. Sztuka potrzebuje ich obu.

Spektakl "NN" wyróżnia się świetnie opracowaną choreografią. Taniec Kalinowskiego i Kapronia jest perfekcyjny, wystudiowany, ale jednocześnie naturalny; mieści w sobie klasyczność i współczesność. Pierwszy i Drugi, zadomowieni w ciałach tancerzy, stają się postaciami niezwykle sugestywnymi, które przekonują, przerażają i zachwycają.

Lubelskiemu Teatrowi Tańca udało się stworzyć spektakl interesujący, prowokujący do wielowymiarowej interpretacji. Jednak niezależnie od sposobu, w jaki odczytamy ukryte w przedstawieniu znaczenia, "NN" pozostaje doskonale zaplanowanym dziełem, w którym wszystkie elementy - muzyka, scenografia, oświetlenie, a także choreografia - współgrają ze sobą w harmonijny sposób.

Kamila Dworniczak
Teatralia Lublin
2 marca 2010

1 Wacław Niżyński, Dziennik, Warszawa 2000; fragmenty dostępne online:
http://niniwa2.cba.pl/nizynski.htm.

2 Tamże.

Lubelski Teatr Tańca
"NN" (Wacławowi Niżyńskiemu)
choreografia: Ryszard Kalinowski
wykonanie: Wojciech Kaproń, Ryszard Kalinowski
muzyka: Piotr Kurek
światło: James Clotfelter, Grzegorz Polak
wizualizacje: Aleksander Janas
premiera: 19 kwietnia 2008 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: redakcja@teatralia.com.pl | projekt i administracja strony: admin@teatralia.com.pl | projekt logo: jepe oyen