zwykła czcionka większa czcionka drukuj

Topielec nie do odratowania, czyli "Kamienie w kieszeniach"

Najnowszy spektakl Teatru Miejskiego nie potrzebuje kamieni w kieszeniach, by pójść na samo dno artystycznej porażki. Przeraźliwie banalny tekst irlandzkiej autorki, którego inscenizację przygotowano w Gdyni, ciąży w otchłań klapy skuteczniej niż betonowe buciki czy masywny głaz przywiązany do szyi.

Marie Jones doprowadza w swym komediodramacie do rutynowej konfrontacji, w której przedstawianiu lubuje się schematyczna sztuka, gdy chce sprawiać wrażenie aktualnej i społecznie zaangażowanej: oto pełen wspaniałości świat show-biznesu i pieniądza zstępuje z niebios sukcesu do piekła przaśnej prowincji, po którym snują się bezradnie potępieńcy przegrani i bez perspektyw. To rzecz jasna fabularny szablon i jego wypełnienie również nie poraża oryginalnością: reżyser "z nazwiskiem" przyjeżdża z zespołem gwiazd do zapadłego irlandzkiego miasteczka, by nakręcić kolejny kasowy romans; kulisy zdjęć poznajemy z perspektywy tubylców, którzy skwapliwie łapią się szansy podreperowania swoich skromnych budżetów podczas pracy w charakterze statystów.

Kamienie w kieszeniach TEATR MIEJSKI IM. W. GOMBROWICZA Gdynia

"Kamienie w kieszeniach"
fot. M. Marzec

Pani dramaturg czyni z nagłego zderzenia światów naprzód okazję do śmiechu i trzeba jej oddać, że w farsowej konwencji posiadła znaczną zręczność. "Kamienie w kieszeniach" stanowią na pierwszym planie próbę szyderczej gry stereotypami, tyleż sprawnie przeprowadzoną, co oczywistą satyrę, w której tzw. "wyższe sfery" i społeczne doły przeglądają się w sobie nawzajem niczym w krzywych zwierciadłach. Bywa to często zabawne, nie wychodzi wszak poza ocierające się o sztampę przedrzeźnianie, które bardziej niż na teatralną nadawałoby się na scenę kabaretową. Filmowe gwiazdy w otoczeniu swojej świty są tutaj nadętymi do granic bufonami, którzy w swoich pustych niczym wydmuszki duszach harmonijnie mieszają cynizm z naiwnością, egocentryzm z idealistycznym frazesem, szczerą pogoń za mamoną i dobrze udane umiłowanie sztuki. Z przeciwległego bieguna wyzierają na nas równie karykaturalne gęby irlandzkich wieśniaków: ksenofobicznych i niewydarzonych nieudaczników, u których marzenia o odmianie losu rozbijają się o własną niemotę, obradzając ponurym pijaństwem i rozgoryczeniem.

Kamienie w kieszeniach TEATR MIEJSKI IM. W. GOMBROWICZA Gdynia

"Kamienie w kieszeniach"
fot. M. Marzec

Niezbyt to wszystko odkrywcze, ba!, przepisane żywcem z dziesiątek podobnych opowieści, a jednak szkoda, że Jones nie poprzestała tylko na farsie. Kamyczki zostały wrzucone sprawiedliwie do każdego ogródka, publika otrzymała garść jako takiej rozrywki, autorce to jednak - na nieszczęście - nie wystarczyło. Lekka komediowa konstrukcja ugina się i w końcu rozpada pod ciężarem nadmiernych ambicji i nieznośnie egzaltowanego dramatu. Oto bowiem przyjazd ekipy filmowej uwidacznia z całą naocznością rozpaczliwość sytuacji miejscowych, zza błazeńskich interludiów wychyla się natrętnie egzystencjalna nędza, zaś Jones mnoży pompatyczne deklaracje, ciężkawe, poetyckie monologi i desperackie łkania prowincjonalnej samoświadomości, by na najwyższych rejestrach naiwnej afektacji odmalować ponury los swoich wiejskich bohaterów. Przytłoczona w ten sposób, średnio zabawna komedyjka zamienia się w bardzo irytujące, pseudo-tragiczne kuriozum, znów powtarzające - tyle, że na tym poziomie kalki stają się już nie do strawienia - wytarte banały o bierności, stagnacji i braku perspektyw obywateli drugiej kategorii.

Kamienie w kieszeniach TEATR MIEJSKI IM. W. GOMBROWICZA Gdynia

"Kamienie w kieszeniach"
fot. M. Marzec

Cóż może wyzyskać z tak wątpliwej jakości materiału teatr? Moim zdaniem niewiele i potwierdzać zdaje się takie przypuszczenia adaptacja irlandzkiego dramatu, dokonana przez Zbigniewa Brzozę. Gdyńska inscenizacja ponosi bowiem fiasko już w chwili, w której decyduje się dochować zasadniczej wierności oryginałowi, przeobrażając się u samych początków w sceniczną celebrację jego treściowej niespójności i fabularnego schematyzmu. Na teatralnych deskach każda klisza i banał, każde pęknięcie i niekonsekwencja tekstu ulegają wyolbrzymieniu, cały zaś spektakl, spętany literackim scenariuszem, zastyga w męczącym rozkroku pomiędzy montażem prostych skeczy a nadętą metaforą. Widza trapi ta sama ambiwalencja, z jaką miał do czynienia przy lekturze: śmieje się, gdy ogląda komedię o starciu zaścianka z celebrytami, by po chwili tłumić w sobie nadmiar zażenowania na widok arlekinów przepoczwarzających się w wioskowych egzystencjalistów. Brzoza sprawnie i pomysłowo aranżuje kabaretowe igraszki, ale wobec słabości partii dramatycznych pozostaje bezradny; kameralna inscenizacja, funkcjonalna scenografia Grzegorza Małeckiego, przedstawiająca garderobę dla statystów, oraz realistycznie aktorstwo umożliwiają tutaj to, czego właśnie należało uniknąć za wszelką cenę: by w pełni wybrzmiało, ocierające się o kicz, słowo literackiego pierwowzoru.

Kamienie w kieszeniach TEATR MIEJSKI IM. W. GOMBROWICZA Gdynia

"Kamienie w kieszeniach"
fot. M. Marzec

"Jestem nikim!", "Jesteśmy niczym!" - łkają smętnie w momentach najbardziej przesadzonej rozpaczy bohaterowie spektaklu, "Jestem zero, kompletne zero", mruczą co chwila, wybijając pesymistyczne wyznania niczym usypiającą mantrę, "Jesteśmy przegrani, nic już nam się nie uda zrobić!" - konstatują z rezygnacją, pogrążając swoją historię w odmętach łopatologicznej dosłowności. Mają rację. Postacie "Kamieni w kieszeniach" to w wymiarze teatralnym rzeczywiście zera bez żadnej cyfry: płaskie, papierowe charaktery, nie żywi ludzie, lecz wycięte skądinąd typy ludzkie, nie bohaterowie z psychologiczną głębią, lecz zmaterializowane psychologiczne abstrakcje, obdarte z tajemnicy. Złamany emigrant, który wrócił do ojczyzny po wstydliwej porażce w mitycznej Ameryce, beznadziejny nieudacznik bez talentu, łudzący się daremnie istnieniem kolejnej szansy, zepsuta gwiazdka, beztrosko bawiąca się ludźmi - te właśnie konwencjonalne, utkane z klisz figury przychodzi odgrywać dwóm gdyńskim aktorom. Piotr Michalski i Grzegorz Wolf podejmują syzyfowe zadanie ożywienia sztampy z należytą energią, ich wysiłek jednak nigdy nie doczekuje się spełnienia. Jego efekty są równie przepołowione, jak cały spektakl: przyzwoicie radzą sobie bowiem wykonawcy, gdy skrywają swoje twarze za maskami błaznów, kiedy jednak przychodzi odkryć oblicza tragików, okazuje się, że za farsową fasadą nie ma nic, prócz karykatur kreślonych grubą kreską, kilku przerysowanych grymasów i sekwencji pustych, rażących sztucznością gestów.

Jeden z odtwarzanych w ten sposób bohaterów - kolejne zero w miejscowej puli niczego: ćpun, trawiący swoje życie w oparach tanich prochów - popełnia samobójstwo, idąc na dno rzeki z kamieniami w kieszeniach. Jeśli pominiemy straszliwy banał tej oczywistej metafory, dostrzeżemy w niej mimowolny komentarz do gdyńskiego spektaklu: reżyser i wykonawcy zdają się podążać w ślad za desperatem kornie i bez walki, objuczeni nadmiernym ciężarem niezbornego scenariusza. Można się tylko zastanawiać: czy mamy tutaj do czynienia z całkowicie rozmyślnym samobójstwem artystycznym czy też - i to byłoby po stokroć tragiczniejsze - jedynie z bezwiednym strzałem w stopę nie do końca świadomego niebezpieczeństwa reżysera, którego przy wyborze tematu zawiodła nie tylko teatralna intuicja, ale także literacki gust?

Marcin Januszewski
Teatralia Trójmiasto
1 marca 2010

Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni
Marie Jones
"Kamienie w kieszeniach"
tłumaczenie: Anna Wołek i Krystyna Podleska
reżyseria: Zbigniew Brzoza
scenografia: Grzegorz Małecki
choreografia: Filip Szatarski
obsada:
Jack - Grzegorz Wolf
Charlie - Piotr Michalski
Aktorzy grają wszystkie postaci w sztuce.
premiera: 19 lutego 2010 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: redakcja@teatralia.com.pl | projekt i administracja strony: admin@teatralia.com.pl | projekt logo: jepe oyen