XXVIII Festiwal Szkół Teatralnych w Łodzi. Dzień 1
Po zmianie terminu spowodowanej żałobą narodową w dniach 13 - 17 kwietnia 2010 r., Festiwal Szkół Teatralnych ruszył pełną parą 10 maja. Dzięki uprzejmości łódzkich teatrów zmiana terminu była możliwa bez większych korekt w programie i przez cztery dni mogliśmy obejrzeć osiemnaście spektakli dyplomowych najważniejszych polskich wyższych szkół teatralnych. Festiwal cieszył się tak ogromnym powodzeniem, że na wiele spektakli trudno było się dostać z powodu ograniczonej liczby miejsc na widowni. Pytanie tylko, czy wszystkie dostarczały aż takich wrażeń, że warto było się pchać, a następnie ryzykować życiem i zdrowiem, zajmując byle kawałek wolnej przestrzeni na podłodze, w rogu sceny, na stromych podestach, z których zdarzało się spadać nawet członkom jury?
Wrocław uniewinniony. "Dwunastu gniewnych ludzi" PWST z Wrocławia
Spektakl "Dwunastu gniewnych ludzi" w wykonaniu aktorów z Wrocławia, na tle innych poniedziałkowych propozycji festiwalowych, wypada niestety niezwykle blado. Gdyby jednak odseparować go od reszty przedstawień, które mieliśmy okazję do tej pory obejrzeć, można by uznać, że mimo wszystko spektakl ten ma coś w sobie. Z pewnością nie jest to sztuka, na którą można z zapałem przychodzić do teatru kilkakrotnie. To raczej jednorazowa przygoda - momentami porywa, ale nie pozostaje w widzu na dłuższy czas.
Trzeba przyznać, że aktorzy mieli przed sobą niezwykle trudne zadanie. Kiedy cała koncepcja spektaklu opiera się głównie na słowie, nie można szukać ratunku ani w scenografii, ani w muzyce. Ascetyczny wystrój - dwanaście krzeseł i tablica - sprawia, że uwagę skupiamy przede wszystkim na aktorach, a przecież właśnie o to chodzi. Wydawać by się mogło, że "Dwunastu gniewnych ludzi" to sztuka idealna na spektakl dyplomowy, przede wszystkim dzięki wyraźnie zarysowanym sylwetkom bohaterów. Zdecydowanej większości studentów z Wrocławia udaje się sprostać swoim rolom, czego dowodem mogą być reakcje widzów podążających wzrokiem za aktorami i czekających w napięciu na dalszy rozwój śledztwa.
Tak jak w każdym zespole, tak i tutaj, pojawili się aktorzy, którzy przykuwali nasz wzrok na dłużej. Taką umiejętnością z pewnością pochwalić się może Wojciech Kalita - aktor ani przez chwilę nie wyszedł ze swojej roli, co więcej, wykazał się tak rzadko spotykaną u młodych aktorów umiejętnością wchodzenia w interakcje z publicznością. To właśnie nawiązywanie kontaktu z publicznością należy uznać za główny atut spektaklu. Sama jego tematyka prowokuje do tego, aby nie tylko aktorzy, ale i cała widownia była zaangażowana w to, co dzieje się na scenie. Prowadzone dochodzenie, mające stwierdzić, czy oskarżony jest winny morderstwa, sprawia, że podejmujemy własne rozważania na temat zbrodni i kary. "Wzruszajmy się" - powiedział podczas inauguracji festiwalu Krzysztof Globisz. Wrocławski spektakl niestety nie wzrusza, ale niewątpliwie sprawia, że przez półtorej godziny mamy ochotę samemu podnieść rękę podczas głosowania i skazać bądź obronić oskarżonego. Zatem wzruszajmy się, ale może jeszcze nie dziś.
Monika Wiktorska
Spektakl gładki jak aksamit. "Opowieści lasku wiedeńskiego" AT z Warszawy
Dwa tysiące znaków to za mało, żeby opisać "Opowieści lasku wiedeńskiego" w reżyserii Agnieszki Glińskiej i studentów AT z Warszawy. Nawet gdybym miała do dyspozycji dziesięć tysięcy czy pięćdziesiąt, nie wiedziałabym, od czego zacząć. Świetny tekst Ödöna von Horvátha jest tak gęsty i przesycony znaczeniami, że można na jego temat napisać długą rozprawę. Spektakl prezentowany w ramach Festiwalu doskonale oddawał nastrój dramatu: z jednej strony pogodny, kipiący miłością, namiętnością, pogodą ducha, z drugiej pełen niespełnionych nadziei, małych i wielkich tragedii, bólu i łez. Idealnie, w te pełne sprzeczności postaci, wcielili się młodzi aktorzy. Bez sztucznego nadęcia, bez prób kreowania nieszczęśliwych heroin i tragicznych herosów. I choć teatr nie musi koniecznie ukazywać życia, jakiego doświadczamy poza jego obrębem, bo mógłby stać się nieznośny, to akurat w przypadku "Opowieści..." jest to jego zaletą. Jego niewątpliwym atutem jest również fakt, że niewymuszona gra aktorska jest jednocześnie niezmiernie przekonująca. Przez ponad dwie godziny aktorzy stwarzają przed nami własny świat, który mógłby być lepszy, którego blask i kolory kuszą i wydają się dostępne na wyciągnięcie ręki. Ale nic w życiu nie można dostać za darmo, nie ma dróg na skróty, a każda próba podążania nimi kończy się w punkcie wyjścia. Nie ma tutaj miejsca na puste gesty, słowa, pompatycznie wygłaszane morały. Morału nie trzeba zresztą nikomu tłumaczyć, zakończenie spektaklu jest na tyle dosadne, że mogą towarzyszyć mu jedynie dźwięki fletu i fortepianu niezakłócane ludzkim głosem. Wartość słowa jest w spektaklu AT doceniana i pielęgnowana, co jest dość rzadko spotykane w przedstawieniach tworzonych przez początkujących aktorów, którzy na scenie chcieliby wyszaleć się i wykrzyczeć.
Chwilami owo dopieszczanie słów i stonowana gra aż drażni. Przykładem może być rola Marianny tworzona przez Natalię Rybicką. Marianna, która buntuje się, której czyny prowadzą do tego, że zrywa zaręczyny, wyrzeka się jej ojciec, zostaje kochanką nałogowego hazardzisty, rodzi mu nieślubne dziecko, na jego życzenie rozpoczyna pracę striptizerki. Marianna według Rybickiej jest tak cicha i spokojna, że widz aż ma ochotę wbiec na scenę i potrząsnąć nią, krzyknąć do niej "dziewczyno, zastanów się, co robisz". I można by tę rolę uznać za niedopracowaną, niepełną, za preludium do wykreowania prawdziwej Marianny, gdyby nie przerażający krzyk wydobywający się z jej ust i kończący spektakl. Jest on zwieńczeniem roli budowanej konsekwentnie, z pomysłem. Dla mnie jednak najlepszą rolą "Opowieści lasku wiedeńskiego" jest Hawliczek grany przez Szymona Nowaka. Postać sympatycznego i pogodnego Czecha, przez większą część spektaklu jedynie przemyka przez scenę, nie mówiąc nic, ale gdy tylko otworzy usta, widownia zaśmiewa się do łez. Poza tym nawet przemykając przez scenę, potrafi nadać swojemu bohaterowi charakter, co według mnie jest miarą dojrzałego, świadomego swojej pracy aktora.
Sandra Kmieciak
Wścieklizna serca. "Zmierzch" PWSFTviT z Łodzi
Połączyli się w jedno - reżyserska siła Mariusza Grzegorzka i aktorska moc studentów PWSFTViT w Łodzi. Jedno ciało o wielu głosach w spektaklu "Zmierzch". Można by napisać wiele o wizji reżyserskiej, o całym jej systemie. Chociażby o tak pozornie drobnym elemencie, jakim są doprowadzone do perfekcji zmiany otwarte. To jedna z liter alfabetu reżyserskiego Grzegorzka, który nabiera coraz to nowych znaków i bardzo jest przyjemnie przyglądać się temu procesowi. W tym jednak wypadku należy skupić się na przedstawianej historii i na aktorach, dzięki którym ożyła na scenie. Nie powinno się wszak rozgraniczać, jednoznacznie oddzielać od siebie zasług pomysłodawcy i wykonawców spektaklu, bo te linie gdzieś tak naprawdę może się przecinają. Gdyby cała ta prawdziwa plejada aktorska nie współodczuwała świata, w którym tkwiła przez cały spektakl, fałsz epatowałby ze sceny. Tak się jednak nie stało. Dało się od razu wyczuć, że są głęboko wessani w historię o Mendelu Krzyku - Andrzej Niemyt, i nienawiści, która zamknęła go w śmiertelnym okręgu. W samym jego centrum, oprócz Ojca, jego dwaj synowie: Lofka - Marek Nędza i Benia - Marcin Włodarski. To trójka nie do pokonania. Agresja, gniew, mało markowane szarpaniny. Złość do świata kipiąca w każdym zdaniu. Oto Lofka i Benia wymierzą swojemu ojcu sprawiedliwą ich zdaniem karę. Wbrew religijnemu prawu szanowania własnego ojca, wbrew zdawałoby się biologicznemu nakazowi krwi, rozszarpią na strzępy jego godność. Odmienią go na zawsze, pozostawiając go światu w formie wraka, czegoś w rodzaju emocjonalnej "wydmuszki". Sami tymczasem budząc w sobie nieznane dotąd pokłady zła, złączą się razem w nienawiści i pogardzie. Całość była nasycona niesamowitą energią. Niesamowitą, bo faktycznie mroczną, gdzieś prosto z najciemniejszej kotary ludzkiego serca. Każda z postaci miała swój własny potencjał energetyczny, swoistego demona, którego musiała przepuścić przez siebie i nadać mu konkretny kształt sceniczny. Oprócz owej trójki, która siłą rzeczy świeciła najmocniej, na uwagę zasługują też role kobiece. Nie dało się przegapić cudownie histerycznej córki Mendla Dwory - Agnieszka Żulewska, Iwony Karlickiej jako dzikiej prawie Potapowony, dostającej spazmatycznych wręcz ataków oraz jako demonicznie spokojnego Bena Zacharia.
Ten świat ma swoją oś, swojego boga. Jest nim chęć godnego życia i poczucie sprawiedliwości. Czy jest słuszne, czy spaczone błędnymi wnioskami, pozostaje kwestią indywidualnej optyki.
Olga Chwiłowicz
Kabaret Czystej Formy. "Sonata b wg Sonaty Belzebuba" PWST z Krakowa
"Sonata b" to spektakl powstały ze współpracy PWST im. Solskiego w Krakowie i Teatru Witkacego w Zakopanem. Andrzej Dziuk wystawia ten spektakl kolejny raz, teraz jednak z problemem teorii Czystej Formy w teatrze każe zmierzyć się studentom. "Sonata Belzebuba" jest ostatnim dramatem Witkacego, powstałym w jego najbardziej twórczym okresie. Stanowi apogeum jego dorobku. Można powiedzieć, że w tekście tym jest wszystko, co było ważne dla "wariata z Krupówek", a więc problem sztuki, dziwności istnienia, erotyzm i demoniczność. Wszystko to jest wyolbrzymione i wykrzywione - tworzy iście diabelską mieszankę.
W tajemniczy nastrój spektaklu wprowadza nas już atmosfera we foyer. Panuje półmrok, a jedynym źródłem światła są lampiony. Tradycyjne dzwonki przed rozpoczęciem spektaklu zastąpione natomiast zostały wygrywaną na trąbce melodią, która towarzyszyć nam będzie przez najbliższe dwie godziny. Właściwy spektakl rozpoczyna się niespodziewanie. Nagle na scenę wbiegają wszyscy aktorzy i zamierają w różnych pozycjach. Każdy po kolei wykonuje mechanicznie określone gesty, ciągle te same. Tak, jak Witkacy już didaskaliach wyznaczał postaciom określone cechy, tak Dziuk dokonał w tej scenie schematycznej interpretacji. W trakcie rozwoju akcji każdy aktor skrupulatnie realizuje wizję granej postaci. Nie chodzi ani o psychologizm, ani o prawdopodobieństwo, ale o to, by uchwycić dziwność istnienia. W pamięć szczególnie zapada postać Rio Bamby (groteskowy Radosław Sołtys). Sołtys, choć grał rolę drugoplanową, doskonale wykreował całokształt postaci, dbając o każdy jej gest, spojrzenie, a szczególnie sposób poruszania się. Równie ciekawie prezentował się Marek Braun, wcielający się w postać barona Hieronima Sakalyi. Był przekonujący zarówno jako dystyngowany snob "w szponach demonicznej kobiety", jak i sparaliżowany niedoszły samobójca o franciszkańskiej postawie. Warto wspomnieć w tym miejscu również o roli Lokaja/Diabła (nieuchwytny Michał Kasprzak). Aktor szaleńczo miotał się po scenie, a jednak ciągle pozostawał w cieniu, to właśnie jemu przypadła trudna rola wniknięcia w sferę widowni. W poszukiwaniu innych diabłów, którym miał uciąć ogony, napawał zaskoczoną publiczność prawdziwym (choć może nie do końca) strachem.
W licznych scenach muzycznych, bowiem znajdujemy się przecież w kabarecie, sprawdziły się kobiety. W drapieżnych strojach rodem z Moulin Rouge oczarowywały publiczność. Szczególnie pięknym głosem pochwalić się mogła Katarzyna Zawiślak-Dolny, czyli demoniczna śpiewaczka Hilda. Inni artyści nie pozostawali jednak w tyle. Na szczególne uznanie zasługują zwłaszcza sceny zbiorowe. Aktorzy poruszali się tanecznymi krokami, co jakiś czas wpadając sobie w ramiona i prezentując tanecznie skomplikowane figury. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie te figury mówiły więcej o relacjach między postaciami niż długie monologi. Postaci raz po raz umierają i ożywają, wyznają sobie miłość i łączą się w miłosne pary, w coraz to nowych konfiguracjach. Nie wiadomo, kto z kim żyje i czy żyje w ogóle. Ciągle dochodzi do niespodziewanych rozpoznań lub metamorfoz. Stanowi to skondensowaną esencję dziwności, gdzie jawy nie można odróżnić od snu. Dla jeszcze większego podkreślenia tajemniczości Dziuk "zanurzył" całą scenę w kłębach dymu i ciemnościach, gdzie często tylko delikatne światło latarki nakierowuje wzrok publiczności na ważny szczegół.
Bardzo ciekawie Dziuk rozwiązał też problem symultaniczności scen. Stworzył trzy plany pooddzielane kolorowymi kurtynami, które tworzą coś w rodzaju szkatułki. Stopniowo zaglądamy coraz dalej, jednocześnie zagłębiając się w treść dramatu. Całość utrzymana w ciemnej kolorystyce, na której tle odcina się tylko czerwień piekła-kabaretu. Strasznego miejsca, z którego jednak nie chce się wyjść.
Magdalena Mirecka
Monika Wiktorska
Sandra Kmieciak
Olga Chwiłowicz
Magdalena Mirecka
Teatralia Łódź
19 maja 2010
Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna im. L. Solskiego w Krakowie, Wydział Zamiejscowy we Wrocławiu
Reginald Rose
"Dwunastu gniewnych ludzi"
tłumaczenie: Redbad Klijnstra
reżyseria: Redbad Klijnstra
scenografia: Joanna Kaczyńska
obsada:
Ławnik nr 1 - Arkadiusz Wójcik
Ławnik nr 2 - Marcin Misiura
Ławnik nr 3 - Maciej Kowalik
Ławnik nr 4 - Tomasz Owczarek
Ławnik nr 5 - Aleksandra Dytko
Ławnik nr 6 - Michał Dudziński
Ławnik nr 7 - Maciej Mikulski
Ławnik nr 8 - Marcin Rams
Ławnik nr 9 - Błażej Michalski
Ławnik nr 10 - Wojciech Kalita
Ławnik nr 11 - Michał Przybysz
Ławnik nr 12 - Barbara Pigoń
premiera: 3 i 4 listopada 2009 r. (Teatr Rozmaitości Warszawa, Mała Scena).
premiera wrocławska: 14 listopada 2009 r. scena PWST Hotel Savoy Pl. Kościuszki 19, Wrocław.
Akademia Teatralna w Warszawie
Ödön von Horváth
"Opowieści lasku wiedeńskiego"
tłumaczenie: Barbara Swinarska
reżyseria: Agnieszka Glińska
opracowanie muzyczne: Anna Malarowska
scenografia: Agnieszka Zawadowska
kostiumy: Bianca Torossian
światło: Magda Górfińska
choreografia: Weronika Pelczyńska
asystent reżysera: Wojciech Żołądkowicz
produkcja: Grażyna Kuryłowicz
charakteryzacja: Szkoła Makijażu i Charakteryzacji FAM www.fammakeup.pl
obsada:
Alfred - Marcin Januszkiewicz
Matka - Marta Juras / Zofia Zborowska
Babcia - Anna Szymańczyk
Ferdynand Herlinger - Przemysław Wyszyński
Waleria - Weronika Nockowska
Oskar - Paweł Krucz
Panna Emma - Marta Juras
Hawliczek - Szymon Nowak
Rotmistrz - Mateusz Lisiecki / Przemysław Wyszyński
Marianna - Natalia Rybicka
Zauberkönig - Grzegorz Daukszewicz / Michał Żerucha
Erich - Marek Kudełko / Mateusz Lisiecki
Mister - Mateusz Sacharzewski
Ciotka / Łaskawa Pani / Pani z Maxima - Anna Szymańczyk / Zofia Zborowska
premiera: 2 lutego 2010 r.
Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa Telewizyjna i Teatralna w Łodzi
Izaak Babel
"Zmierzch"
tłumaczenie: Jerzy Pomianowski
reżyseria i scenografia: Mariusz Grzegorzek
kostiumy: Kamila Anna Grzybowska (ASP w Krakowie)
reżyseria świateł: Szymon Lenkowski
obsada:
Mendel Krzyk - Andrzej Niemyt
Nechama - Zofia Zoń
Benia Krzyk - Marcin Włodarski
Lowka Krzyk - Marek Nędza
Dwojra/ Riabcow - Agnieszka Żulewska
Arie Lejb - Michał Napiątek
Nikifor/ Urusow - Michał Jaros
Piatirubel - Paweł Poczesny
Potapowna - Iwona Karlicka
Marusia / Kłasza - Anna Sandwicz
Fomin / Mesje Bojarski - Jan Marcinowski
Madame Popiatnik / Sąsiadka - Małgorzata Kocik
Miron Popiatnik / Major / Mitia - Michał Sękiewicz
Ben Zacharia / Potapowna - Iwona Karlicka
premiera: 2 października 2009 r.
Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna w Krakowie
Stanisław Ignacy Witkiewicz
"Sonata b wg Sonaty Belzebuba"
scenariusz i reżyseria: Andrzej Dziuk
obsada: Natalia Jakubowska, Karolina Fortuna, Katarzyna Zawiślak-Dolny, Szymon Budzyk, Michał Chołka, Radosław Sołtys, Marek Braun, Michał Siudek, Michał Kasprzak, Piotr Hudziak
Spektakl powstał w koprodukcji Teatru im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem i PWST.
premiera: 21 listopada 2009 r.
XXVIII Festiwal Szkół Teatralnych w Łodzi