Cztery postaci sceniczne w poszukiwaniu utraconego czaru
Nie interesuje mnie to, że Pollesch jest przedstawicielem teatru postdramatycznego, bo to określenie-wytrych na wiele nurtów i zbyt pojemne, by móc dokładnie nazwać stylistykę czyjejś twórczości. Nie obchodzi mnie, że reżyser ten korzysta z dorobku filozofii Jeana Baudrillarda, Michela Foucaulta czy Giorgio Agambena, bo nie muszę znać ich teorii i nie zamierzam udawać, że tak jest. Nie ekscytuje mnie również, czyim był uczniem i z jakiej szkoły pochodzi ten artysta - wszak nie ma teatru niemieckiego bez Heinera Müllera i Tankreda Dorsta czy tradycji szkoły w Gießen. Ignorant, powiecie. Tak, ignorant w teatrze.
Interesuje mnie za to efekt pracy Pollescha w stołecznym TR, efekt, który przyszło mi obejrzeć dopiero niemal w trzy lata po premierze. W trakcie spektaklu nurtuje mnie pytanie, jak dużo stracił on ze swej aktualności. Oczywiście widoczne są aktorskie improwizacje-aktualizacje, które widownia odbiera entuzjastycznie. Ja, jak na ignoranta przystało, trochę mniej.
Pollesch zabawił się naszym kosztem. Przeprowadził swoisty eksperyment, który miał na celu penetrację metateatralnych granic i transgresji. Widzimy więc teatr w teatrze - na scenie zbudowano zaplecze, garderoby i korytarze (których bezpośrednio nie ujrzymy, lecz za pośrednictwem oka kamery, w postaci wyświetlanego na ścianie scenografii-ekranie obrazu) oraz scenę (którą możemy oglądać "namacalnie", bo za pomocą własnych receptorów wzroku). Większość akcji rozgrywa się na zapleczu, więc obserwujemy ją sfilmowaną na ekranie. Innymi słowy jesteśmy w kinie. W pierwszych minutach spektaklu można wręcz dać się zwieść iluzji, że oglądamy nagrany materiał i nie ma co liczyć na jakąkolwiek żywą postać tego wieczoru. Zanim iluzja ta zostanie przerwana i na scenie pojawi się któryś z aktorów, minie wystarczająco dużo czasu, by filmowany na żywo obraz mógł nas znużyć, zmęczyć i zniechęcić do takiej wizji "teatru", choćby ze względu na nudności, jakie wywołuje taki rodzaj percepcji. Dzieje się jednak coś innego, coś dziwnego. Ale o tym za chwilę.
Aktorzy rzecz jasna mówią tekst wykreowanych postaci, choć widzowie mają mieć poczucie uczestnictwa w improwizacji oraz niepewność co do tego, gdzie zaczyna się postać, a kończy aktor i odwrotnie. Temat stary jak świat, ale tu wykonano krok dalej. Pytania o tożsamość, o to, kim (czym?) jest aktor, co jest prawdziwe w jego życiu, a co wymyślone, gdzie aktor żyje bardziej - na scenie czy poza nią, ile z siebie pokazuje i sprzedaje (wymowny napis "sale") każdego dnia, ile traci, ile kosztuje jego sława. Wszystkie te pytania sprowadzają się do jednego słowa: ile? Za ile, ile, po ile. Przywołuje to "sklepową", typowo kapitalistyczną konotację kupowania, sprzedawania i pieniędzy. W tym przypadku nie płaci się jednak ani kartą, ani gotówką, tylko żywym mięsem - żywym człowiekiem. Ile z tej żywej istoty ubywa po każdym spektaklu, po każdym show, po każdym odcinku serialu, po każdej reklamie, po każdym filmie? Takich pytań zazwyczaj nie zadajemy sobie, siedząc wygodnie w fotelu. Pollesch zmusza nas nie tylko do ich postawienia, ale i odpowiedzi na nie.
Oto bowiem odbywa się na naszych oczach swoista wyprzedaż, jak informuje nas zresztą mieniący się napis "SALE" (dosłownie: sprzedaż, zbyt, wyprzedaż). Sprzedawane są tematy, motywy, wątki, życie prywatne, życie zawodowe, pomysły, problemy, choroby, wreszcie zagubienie i strach. Strach przed samotnością, starością, otyłością, brzydotą, brakiem propozycji - tych matrymonialnych i tych zawodowych. Obserwujemy trochę w krzywym zwierciadle, trochę na serio, jak aktorzy przygotowują się do roli czy do wyjścia na scenę (popijając whisky), jak łatwo i płynnie wcielają się w różnorodne role (przekazując sobie na przemian blond perukę, opaskę ze swastyką, używając suszarki do włosów jako pistoletu, mikrofonu czy wreszcie do suszenia włosów), jak swobodnie żonglują kilkoma rolami, a wśród nich ukrywają się oni sami. Oryginalni. Niepodrobieni. Nieodegrani. Prawdziwi. Ale czy aby na pewno? Czy choć przez chwilę pokazują nam swe prawdziwe twarze? I co to właściwie znaczy w przypadku aktora "prawda"? Czy jesteśmy w stanie poprowadzić linię demarkacyjną między aktorem-kreacją a aktorem-człowiekiem? Czy oni sami potrafią to zrobić?
W całej tej śmieszno-parodystycznej gonitwie rodem z kabaretu tkwi łyżka dziegciu. I tak naprawdę to ona ma najwyraźniejszy smak, najmocniejszy i najbardziej przejmujący. Ten gorzki smak towarzyszy jeszcze długo po wyjściu z teatru. Bo przywołuje na myśl pustkę. W tym szalonym tempie zmiany ról i tożsamości, między jednym łykiem whisky a drugim, pomiędzy wypalanymi papierosami, wśród konfliktów z reżyserem lub kolegami, podczas rozmów o Adamczyku-Chopinie i Adamczyku-Papieżu, w poszukiwaniu utraconego czaru (czymkolwiek by on nie był) gdzieś po drodze gubi się człowiek. Tak jak gubi się on w zapośredniczonym przez kamerę wideo obrazie. Jego realność - nawet gdy słyszymy, że on się tam znajduje, stoi za tą ścianą, mimo że widzimy tylko jego obraz - staje się mało prawdopodobna. Nierealna wręcz. Paradoksalnie fikcyjna.
W dalszej części spektaklu złocisty napis "SALE", umieszczony, jak się okazuje, na banerowym płótnie, tworzącym zaledwie iluzję ściany (notabene z nadrukowanym obrazem kuchni - stanowiącym więc kolejną warstwę iluzji w iluzji - swoisty palimpsest, który każdy może odczytywać inaczej, mniej lub bardziej dogłębnie) zostaje zerwany, a w zamian zostaje nam ukazana część wnętrza wspomnianego zaplecza. Tym razem, dla odmiany, zasłonięto to pomieszczenie kurtyną ze srebrnego, błyszczącego włosia. Zostajemy więc w estetyce glamour, narażeni jednocześnie na podglądactwo i zaglądactwo niźli na zwyczajne (jak się okazuje) patrzenie, wszak zza włosia niewiele można dojrzeć. Nad kurtynką pojawia się równie wymowny, świecący na czerwono neon "LIVE". Słowo live posiada cały szereg znaczeń (podaję za słownikiem ling.pl): odczasownikowe: żyć, mieszkać, przebywać, przeżywać, prowadzić; odprzymiotnikowe: żywy, żyjący, czynny, ruchomy; odprzysłówkowe: na żywo, bezpośrednio (w przypadku transmisji TV); odimiesłowowe: odbezpieczony/uzbrojony (dotyczy bomby, pocisku), palący się (drewno, węgiel). Ale oznaczać może też: świeży, trwanie w pamięci, doczekać, bytować, pełny życia (o człowieku), zmienny, ruchomy (o kole), aktualny, życie, być przy życiu, istnieć, a nawet ostry i wzruszający! Oczywiste są pierwsze skojarzenia, skoro na scenie znajduje się kamera, to mamy po prostu show na żywo, aczkolwiek nie ignorowałabym także kilku innych możliwości, jak chociażby te tyczące egzystencji, istnienia, bycia przy życiu, czyli bycia czynnym czy bycia w ruchu. Synonimem żywego organizmu jest przecież ruch, którego dostajemy w tym przedstawieniu w nadmiarze (np. slapstickowe scenki à la Hans Kloss), jakby miał on być właśnie potwierdzeniem istnienia tych postaci i tych aktorów.
Dzieje się ponadto rzecz dziwna, bo Pollesch zaprzecza wszakże fundamentalnej zasadzie, na jakiej opiera się specyfika teatru - obecność żywego człowieka jest tu zachwiana, proporcje odwrócone (więcej jest w spektaklu projekcji niż żywego aktorstwa). Mimo to, gdy aktorzy wreszcie pojawiają się na scenie, widzowie nadal obserwują obraz, wpatrują się zachłannie w ekran, jakby w nim doszukując się sedna. Oczywiście dochodzi do tego kwestia akomodacji oka i zmęczenia, jakie wywołuje częsta zmiana percepcji, ale mimo wszystko reakcja jest kuriozalna. Ja zaś, łapczywie wbijając wzrok w każdego z artystów z osobna, odczułam jakiś rodzaj nienasycenia ich (nie)obecnością na scenie. Każdy moment pojawiania się któregoś z nich odbierałam z podwójnym skupieniem, jakby chcąc się nasycić na zapas. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłam.
I może dlatego aktorzy grający w "Ragazzo..." wydali mi się istotami tak efemerycznymi. Zupełnie wymazałam ich poprzednie role i własne o nich opinie. Nagle stali się tak cenni, ich obecność tak ważna. Pokazali, jak potrafią być niepowtarzalni i ujmujący. Mówiąc o swoich bolączkach, ukazali swą kruchość i nieporadność, jednocześnie nie tracąc ani trochę na swej wielkości. Ba, mam wrażenie, że właśnie obnażenie tego "gorszego" oblicza aktorstwa i jego słabości, potwierdziło ich wielkość.
I tak zachwyca cała czwórka: Agnieszka Podsiadlik ze swą dziewczęcą kobiecością à la Audrey Hepburn, Piotr Głowacki - słynny Orestes wg Klaty - przywołujący swoje role zagrane i jeszcze nieotrzymane z niekłamanym dystansem, jakim rzadko cechują się młodzi aktorzy, Tomasz Tyndyk, który już swoje aktorskie emploi wyznaczył wyraźnie wokół ról homoseksualistów, tu bawi się pozami i przebierankami, ewidentnie podkreślając swoją orientację seksualną, co ma nam uświadamiać, że nie jest to już temat, przeciwnie - to naturalne i oczywiste, że wokół nas znajdują się ludzie heteroseksualni i homoseksualni, i wreszcie Aleksandra Konieczna - piękna kobieta, zjawiskowa, a do tego świetna aktorka, wybornie prezentująca się w sukience à la Marylin Monroe. Tak mało mamy gwiazd jej pokroju - pracowitych, zaangażowanych, inteligentnych, a do tego wspaniale wyglądających, dojrzewających jak wino - Konieczna z wiekiem staje się coraz bardziej kwitnąca, zachwycająca urodą i formą.
Pollesch i aktorzy TR stworzyli spektakl wielowymiarowy, dzieło o widzeniu, patrzeniu, spostrzeganiu, byciu przez patrzenie i byciu obrazem w świecie obrazów. I o poszukiwaniu tożsamości, zupełnie jak w piosence Gianny Nannini, z której niebezpodstawnie zaczerpnięto tytuł.
Lena Berny
Teatralia Warszawa
10 maja 2010
TR Warszawa
René Pollesch
"Ragazzo dell'Europa"
na podstawie Cappuccetto Rosso w przekładzie Doroty Sajewskiej i Pabla w markecie Plusa w przekładzie Hanny Krogulskiej
reżyseria: René Pollesch
scenografia i światło: Bert Neumann
kostiumy: Nina von Mechow
konsultacja światła: Jacqueline Sobiszewski
operator kamery; Adrian Hutyriak
dramaturg: Szymon Wróblewski
obsada: Aleksandra Konieczna, Agnieszka Podsiadlik, Piotr Głowacki, Tomasz Tyndyk
premiera: 26 maja 2007 r.