zwykła czcionka większa czcionka drukuj

Komedia z piekła rodem

Najlepszym sposobem na zapełnienie widowni w teatrze jest wystawienie komedii, najlepiej banalnej i łatwej w odbiorze. Takiego zdania jest prawdopodobnie Teatr Nowy, który 23 stycznia 2010 roku zaproponował sztukę "Biedermann i podpalacze" Maxa Frischa. Reżyser - Krzysztof Babicki postarał się natomiast, by spektakl nie był ambitny i skomplikowany. Przyjemnie, śmiesznie, kolorowo i nic więcej.

Max Frisch to szwajcarski pisarz, który w swojej twórczości ukazuje relacje między jednostką a społeczeństwem. Śledzi zagrożenia, jakie czyhają na współczesnego człowieka i opierając się na tym, buduje akcje swoich sztuk. Jednocześnie inspiruje się tragediami greckimi. Frisch zaczął pisać "na poważnie" dosyć późno, ale dzięki temu zdobyte życiowe doświadczenie pozwoliło mu w swoich utworach zabłysnąć zdolnością obserwacji i błyskotliwej krytyki.

Biedermann i podpalacze TEATR NOWY Łódź

"Biedermann i podpalacze"
fot. S. Kmieciak

Sztuka "Biedermann i podpalacze", mimo że napisana w 1958 roku, dalej może być aktualna jako satyra na mieszczańską, nowobogacką społeczność i etykę rodem z "Moralności pani Dulskiej". Może być, ale pod warunkiem, że jest dobrze zrozumiana. Sztuka opisuje dwóch tajemniczych mężczyzn, którzy są podpalaczami i jednocześnie poszukują po świecie złych ludzi, by zabrać ich do piekła. Trafiają do domu biznesmana Biedermanna - pozornie wzorowego męża, pracodawcy, ogólnie - dobrego człowieka. Wszystko to okazuje się jednak ułudą. Biedermann, co w tłumaczeniu znaczy "poczciwiec", jest typem człowieka, który myśli, że wystarczy (mniej więcej) przestrzegać dziesięciu przykazań, by móc uważać się za wzór cnót. W rzeczywistości dba tylko o siebie, pozbawiony jest jakichkolwiek wartości i zasad. Gotowy do zawarcia paktu z samym diabłem, byle dalej prowadzić dotychczasowy, wygodny tryb życia. Wzbogacając się na wątpliwej jakości płynie na porost włosów, wyżej ceni pieniądze niż ludzi. Nie czuje się winny samobójczej śmierci zwolnionego przez siebie pracownika, bo przecież nie on go zabił. Niestety te, i wiele innych problemów, w spektaklu ledwo zostały zaznaczone, przygniecione kiepskimi żartami.

Babicki w "Biedermannie i podpalaczach" zobaczył (a może chciał zobaczyć?) tylko komedię. Zamiast skupić się na aspekcie parodystycznym, reżyser stworzył spektakl przypominający farsę. Wydawać by się mogło, że nie jest to wielka różnica, a jednak przez to Babicki pozbawił utwór przesłania, przekształcając go w banalną komedyjkę z kiepskimi żartami.

Biedermann i podpalacze TEATR NOWY Łódź

"Biedermann i podpalacze"
fot. S. Kmieciak

Kiepskie było również aktorstwo. Chcąc spektakl uczynić jak najbardziej zabawnym, postawiono na grę prosto z operetki. Przerysowana mimika, skonwencjonalizowane gesty tworzyły całość po prostu śmieszną. Niestety nie była to śmieszność, którą reżyser chciał osiągnąć. Dla przykładu przyjrzyjmy się jednej z "zabawnych" scen tego przedstawienia. Małgorzata Flegel, grająca dystyngowaną panią domu, żonę Biedermanna, przygląda się jedzącemu (przy pięknym stole) byłemu zapaśnikowi, obecnie bezdomnemu. Komizm zbudowany jest na kontraście dwóch skrajnych postaci i na zachowaniu pani Biedermann, która obserwując wspomniany posiłek, robi dziwne miny, mające zapewne wyrażać obrzydzenie. Nie da się ukryć, że wyszukanym dowcipem się tego nie nazwie. Największym problemem okazuje się niestety fakt, że poziom humoru całego spektaklu pozostaje właśnie taki.

Ciekawą (przynajmniej w porównaniu z innymi) kreację prezentuje Piotr Seweryński. Stworzył on postać tajemniczego kelnera-gentlemana, beznamiętnego, w nieskazitelnym fraku, w swojej obojętności sprawiającego wrażenie angielskiego arystokraty. Z tym wizerunkiem kłóci się tylko fakt, że gentleman okazuje się bandytą-podpalaczem i diabłem, a mimo to sam pozostaje bez zmian.

Biedermann i podpalacze TEATR NOWY Łódź

"Biedermann i podpalacze"
fot. S. Kmieciak

Większa część akcji odbywa się w domu Biedermanna - w jego salonie i na strychu, gdzie zadomawiają się dwaj podejrzani goście. W scenografii Marka Brauna strych to raczej akwarium zawieszone nad sceną, oświetlane w momentach, gdy przenosi się tam akcja. O wiele bardziej intrygujące (by nie powiedzieć dziwne) jest to, co znajduje się pod tym poddaszem. Ustawiono tam tekturowe wizerunki słynnych budowli, m. in. wieży Eiffla i Big Bena. Nie wiadomo jednak, czy miałby to być widok z okna (Paryż i Londyn jednocześnie?!) czy dekoracja salonu państwa Biedermannów. Być może to próba nadania spektaklowi uniwersalnego charakteru, ale równie dobrze mogło to przypominać nam, że Frisch z wykształcenia był architektem.

Piekło, do którego przenosimy się pod koniec sztuki, zbudowane jest natomiast światłem. Plastikowe ścianki wcześniej niebieskie, zmieniają kolor na czerwony. Cała scena tonie w krwistym świetle. Takiego koloru jest nawet suknia pani Biedermann. Towarzyszy temu jednak bardzo pozytywna atmosfera. Piekło okazuje się puste, bowiem Bóg zarządził amnestię, dzięki której każda dusza trafiła do nieba. Zakończenie takie niczego nie uczy, ale najwidoczniej wszystko można poświęcić w imię happy endu. O wiele mniej szczęścia miała sama publiczność, zmuszona przez półtorej godziny piekielnie się nudzić.

Magdalena Mirecka
Teatralia Łódź
24 lutego 2010

Teatr Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzi
Max Frisch
"Biedermann i podpalacze"
("Biedermann und die Brandstifter")
przekład: Irena Krzywicka, Jan Garewicz
reżyseria: Krzysztof Babicki
scenografia: Marek Braun
kostiumy: Sławomir Smolorz
muzyka: Marek Kuczyński
choreografia: Janina Niesobska
obsada: Małgorzata Flegel, Magdalena Kaszewska, Teresa Makarska, Wojciech Bartoszek, Ryszard Chlebuś, Jerzy Krasuń, Piotr Seweryński, Andrzej Szczytko, Leszek Żukowski
premiera: 23 stycznia 2010 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: redakcja@teatralia.com.pl | projekt i administracja strony: admin@teatralia.com.pl | projekt logo: jepe oyen