Szowinista syty i feministka cała
"To był świat w zupełnie starym stylu...". I choć nie rozbrzmiewają w nim dźwięki klawikordu, a ponadczasowej trąbki - atrybutu Milesa Davisa, którego podobizna (acz bez ducha) czuwa nad spektaklem - wrażenie podróży w czasie jest wręcz nachalne. Spektakl w reżyserii Magdaleny Piekorz kurczowo trzyma się lat pięćdziesiątych XX wieku - nie tylko za sprawą scenografii (co akurat stanowi jego atut), ale też niezwykle tradycyjnej inscenizacji. Sztuka zagrana jest od deski do deski, a konkretnie - deski do prasowania.
Przyrząd ten pozwala kolejnym kobietom na wyrażenie miłości do tego samego bohatera. Prasując z namaszczeniem stosy koszul, spokojnie wysłuchują rzucanych pod swoim adresem inwektyw. Nie zapominają przy tym nadać twarzom zasmuconego (blondynka) czy zbuntowanego (brunetka) wyrazu. Skutkiem: szowinista syty i feministka cała.
Jimmy Porter to obiekt uczuć konkurujących przyjaciółek i głowa tego dziwnego domu (dwóch mężczyzn oraz, zmieniająca się z czasem, bogini domowego ogniska). W założeniu autora dramatu (zdaje się, że również reżyserki) jest sfrustrowanym buntownikiem, przybitym społeczną codziennością, zderzoną z wyższymi potrzebami jednostki. Opór wobec tłamszącej go rzeczywistości nie ma szans na wyjście poza ściany pokoju. Jest w nim zamknięty na czas spektaklu niczym ptaszek w klatce. Co prawda - od czasu do czasu - bohater wychodzi na zaplecze wygrać na trąbce gniew, głównie jednak histerycznie krzyczy i wdaje się w rękoczyny z przedstawicielami obu płci. Poprzez kontrast z wyważoną, minimalistyczną grą pozostałych aktorów - realizacja sceniczna Jimmy'go razi nadekspresją. Chciałoby się powiedzieć: dziś już tak nie grywają.
Dramat Osborne'a został przywołany prawdopodobnie na użytek aktualnego kryzysu gospodarczego - miłość, gniew i kłopoty finansowe są ze sobą nierozerwalnie splecione. Jak miało się okazać - ponadczasowo. Nie oznacza to, że spektakl traci na wiarygodności. Jednakże to, co jest jego zaletą, a więc "zatrzymanie" w czasie współczesnym dramaturgowi, okazało się także jego wadą. Brakuje świeżości, nowego spojrzenia na zawiłe relacje lokatorów owej angielskiej kamienicy.
Sztukę w reżyserii Piekorz można oglądać niczym film. Chociaż historyczny. Rozsiąść się wygodnie w fotelu i zatopić oczy w ekranie. Być ową, zniesławioną czwartą ścianą, w pełni ignorowaną przez aktorów pochłoniętych precyzyjnym, owszem, ale tylko odtwarzaniem swoich ról.
"Miłość i gniew" w Teatrze im. Słowackiego nie ma szans stać się przedstawieniem kultowym, nie może liczyć na podniosłe głosy mdlejących z zachwytu krytyków. Wydaje się jednak, że nie to było ambicją reżyserki. To dobrze odegrany, umeblowany i ubrany spektakl, który sprawnie i dość zajmująco prowadzi widza do finału. Może to niewiele. Ale wystarczy, jeśli ma się ochotę na "wyjście do teatru" lub odświeżenie sobie tzw. teatru normalnego.
Katarzyna Borys
Teatralia Kraków
19 lutego 2010
Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
John Osborne
"Miłość i gniew"
przekład: Piotr Kozłowski
reżyseria: Magdalena Piekorz
asystent reżysera: Krzysztof Knurek
scenografia: Marcel Sławiński
kostiumy: Dorota Roqueplo
obsada:
Jimmy Porter - Błażej Wójcik
Cliff Lewis - Tomasz Augustynowicz
Alison Porter - Karolina Kominek
Helena Charles - Natalia Strzelecka
Pułkownik Redfern - Feliks Szajnert
premiera: 17 października 2009 r.