Bicie piany z Turkami w tle
Bohaterowie "Czekając na Turka" mają więcej szczęścia niż Gogo i Didi. W przeciwieństwie do postaci Beckettowskich będzie im dane ujrzeć tego, którego tak uważnie wyczekują. Czy rzeczywiście uważnie jest jednak kwestią dyskusyjną. Wydaje się, że w spektaklu wyreżyserowanym przez Mikołaja Grabowskiego, Turka mógłby zastąpić ktokolwiek inny z polskiego panteonu wrogów narodowych - Żyd (ale, ale - Żyda wyglądają już Polacy w "Żydzie" Artura Pałygi), Cygan, może Rumun. Szeroki asortyment gwarantowany.
Tytułowe "bicie piany" przylgnęło do recenzji nie tylko jako związek frazeologiczny, ilustrujący nasze czcze dysputy o obcych, szczególnie tych przybywających zza Buga i krain położonych jeszcze dalej na południowy wschód. Jest jeszcze dosłowne bicie piany, o czym później. Bug, Bugiem, ale cóż dopiero począć jak najadą nas z Kraju Pachnącego Kebabem (z przedstawienia wynika, że przeciętny Polak wiele więcej o Turcji nie powie)?!
Zaciekawił mnie fakt, iż autor dramatu, Andrzej Stasiuk, odwołuje się do najbardziej aktualnych i świeżych kalek kulturowo-społecznych, przez pryzmat których postrzegamy Turków. Być może to strategia pisarska podyktowała rezygnację z odniesień historycznych, ale nie ucinałabym tak szybko tej kwestii. Zastanawiam się mianowicie, czy nie jest to rodzaj zasygnalizowania poważniejszej zmiany - Wielka Historia utraciła status nauczycielki życia; wiemy - to już zostało powiedziane przez postmodernistów francuskich. Przyczyna jest banalna: historia po prostu przestaje być znana / rozpoznawalna. Owszem, to generalizacja, która szybko może wprowadzić w ślepą uliczkę, ale sytuacja, kiedy prawie każdy cywilizowany człowiek posiada wyręczającą go "pamięć zewnętrzną" w postaci komputera, nie miała nigdy wcześniej miejsca w dziejach ludzkości. I jeśli Stasiuk decyduje się nie wspominać o historii, to wcale nie znaczy, że ją neguje, ale raczej rozmienia na drobne wspomnienia, tworzące subiektywną, indywidualną historię każdego człowieka, w której nie muszą występować uniwersalne, powszechnie przyjęte za cezury, daty. Prywatne historie z reguły bywają idealizowane, ponieważ dotyczą minionych faktów z życia, a przewrotna pamięć ludzka podchodzi do nich - z reguły - z rozrzewnieniem, z sentymentem. Nie bez powodu pod adresem przemytników, których egzystencja utraciła sens po zlikwidowaniu granic, ze sceny pada hasło: "ślinią się do własnych snów". Dodajmy - snów, w których wraca przeszłość, stara, dobra, oswojona przeszłość.
Nie potrzeba wiele sprytu, by podzielić scenicznych bohaterów na grupy. Mamy więc przedstawicieli starego porządku: emerytowanego stróża granicznego, pana Edka, trzech przemytników z łezką w oku wspominających przedszengeńską arkadię, kiedy nielegalny handel kwitł aż miło oraz słowacką "księżniczkę" męskich serc - Marikę serwującą "wódę i piwo" z blaszanej budy. W kontrze staje dwoje młodych kosmopolitów - Patryk i Andżela, którzy zaznali już swego nieba w sercu dynamicznego, nęcącego wolnością i nieograniczonymi możliwościami Londynu. Innego nieba nie pragną. Oboje znaleźli się gdzieś na odludziu Beskidu Niskiego, ponieważ są pracownikami firmy ochroniarskiej i takie właśnie zadanie im się trafiło. Praca jak praca, czy lepiej - bussines is bussines. O wzajemnym stosunku młodych do starych można by długo się rozwodzić, ale pozwolę sobie przytoczyć scenę, która celniej to zobrazuje. Patryk ze zdziwieniem reaguje na produkt "Cofola", zarzekając się, że "Cola jest jedna", na co chór przemytników odpowiada mu, że dawniej mieli swoje wersje wszystkiego. Choć granice obu światów wydają się być nieprzekraczalne - w jednym wiedzie prymat unikalna marka, w innym niekończący się ciąg wersji zastępczych - to czy oba nie są fundowane na iluzji?
Tyle z uwag do tekstu (bo i jest nad czym rozważać), wróćmy zatem do naszej piany scenicznej. Gęsta jest niezwykle, bo przesycona efektami, które świadczyć mogą o tym, że chociażby ze względów ekonomicznych warto brać udział w międzynarodowych projektach - spektakl powstał w ramach polsko-niemieckiej inicjatywy After the Fall. Gdyby się uprzeć to "pianowe" jest tu wszystko - działania sceniczne cieszące oko, ale jednocześnie zastygłe i niemrawe (pianowa masa). Konflikt jakiś mało konfliktowy: można przyjrzeć, przysłuchać się mu przez chwilę, po czym starannie opłukać pianę powstałą w wyniku (za)mydlenia.
Może to i dobrze, że w przedstawieniu problem nie jest na tyle silny, by wywoływać pieniacze reakcje? Może ten pianowy marazm stanie się nieocenionym antidotum na Turków oraz innych obcych? Może wreszcie piana przekształci się w narzędzie uzmysłowienia widzom istoty "zmagań" reżysera i zespołu?
Agnieszka Dziedzic
Teatralia Kraków
17 lutego 2010
Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie
Andrzej Stasiuk
"Czekając na Turka"
Projekt After the Fall
reżyseria: Mikołaj Grabowski
scenografia i kostiumy: Magdalena Musiał
muzyka: Mikołaj Trzaska
obsada:
Edek: Jan Peszek
Patryk: Piotr Głowacki
Marika: Iwona Bielska
Andżela: Paulina Puślednik (PWST)
Chór: Jacek Romanowski, Wiktor Loga-Skarczewski, Zbigniew W. Kaleta
Pani Salamina: Maria Dejmek (PWST)
Sekretarz: Krzysztof Wieszczek
premiera: 19 czerwca 2009 r.