"Balladyna" fusion
Każdy średnio zdolny, sprawny w rzemiośle i niekoniecznie specjalnie inteligentny krytyk / recenzent / dziennikarz jest w stanie napisać dwie wersje tej samej recenzji: pochwalną bądź niepochlebną. W zależności od potrzeby. A te bywają różne. Poczytność pisma, preferencje redaktora prowadzącego, konieczność wyrażenia odmiennej opinii od kolegi z konkurencji, moda na jakieś nazwisko albo niemoda, potrzeba wyżycia się na kimś, tudzież zmieszania kogoś z błotem. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że szczególnie te ostatnie potrzeby są nieustannie zaspokajane przez teatralną krytykę warszawską.
Nic jej się nie podoba. A jak już to rzadko. Zbiorowo Lupa. Poza tym tylko jednostkowo. Pojedynczo i w wyjątkach. Wciąż daje się słyszeć jej utyskiwanie, lamenty, biadolenie. Że nudno, że pusto, że tanio, że prosto, że nijako, że za dużo tego i owego, że za małego tamtego, że nie ma bohatera, że tragedii brak, że, że, że. Generalnie, czytając recenzje, odnieść można wrażenie, że w stolicy nie dzieje się nic ciekawego, że spektakle tu powstające są marnej jakości, twórcy kiepscy, a teatry właściwie powinno się pozamykać, bo to tylko marnotrawienie (publicznych!) pieniędzy. Może się komuś wydaje, że przesadzam, ale wystarczy przywołać kilka ostatnich tytułów premierowych skrzętnie opisanych (czyt. zaszlachtowanych) w prasie, by się o tym przekonać. Chociażby "Nienasycenie" ze Studio i "Balladynę" z Narodowego.
Nie bez kozery przywołuję akurat te spektakle. Zdawać by się mogło, że nie łączy je nic. A oba porządnie oberwały dokładnie za to samo: za spłycanie tekstu, opluwanie (tak, tak, padło to słowo) spuścizny narodowej, dekonstrukcję postaci (czyt. brak bohatera z krwi i kości), słabe aktorstwo (zwłaszcza u młodszych dał się zauważyć brak odpowiedniej dykcji, intonacji i nie można było wysłyszeć średniówki), szarżowanie stroną wizualną, nadużywanie maszynerii teatralnej, etc.
Jako że osobiście nie znoszę czytania artykułów, które prokurują do bycia recenzją ze spektaklu, tymczasem są zbiorem dygresji i anegdotek, rozwodzeniem się nad tym, jak to drzewiej bywało, na tym zakończę ten przydługi wstęp i przejdę do rzeczy.
Na "szczęście" jestem pokoleniem, które w dniu premiery "Balladyny" Hanuszkiewicza, jaka miała miejsce na deskach Narodowego, jeszcze nie chodziło po tym świecie. Nie mam więc wobec tego tytułu przerostu oczekiwań ani zbędnych reminiscencji. Wydaje mi się jednak, że kto jak kto, ale to pomysłodawca słynnych hond na scenie mógłby być dziś ojcem chrzestnym widowisk tego typu, jakim jest "Balladyna" Tyszkiewicza. Młode pokolenie reżyserów teatralnych, szczególnie tych nieignorujących warstwy wizualnej swych przedstawień, z Janem Klatą na czele (który notabene jeszcze kilka lat temu był wyklęty, dziś jest pupilkiem tych samych, co go ongi wyklinali), są uczniami, spadkobiercami i kontynuatorami nie kogo innego jak: Hanuszkiewicza (przemycającego pop-kulturę do teatru), Swinarskiego (rozprawiającego się z mitami romantyzmu) i Grzegorzewskiego (komponującego sceny jak obrazy). Ten ostatni zwłaszcza - mistrz przemyślnych plastycznie kompozycji - również był przecież "ulubieńcem" zoili. Inną kwestią jest, że zadaniem "uczniów" bywa zaprzeczanie, podważanie czy dialog z dorobkiem swych nauczycieli. Tak więc niespecjalnie chce mi się wierzyć w to, co wypisuje krytyka warszawska, która pamięć ma krótką i selektywną. Ale żeby jeszcze postawić kropkę nad "i", przywołam garść głosów sprzed lat.
"Była histeria, pozostała historia. Jest rok 1974, luty, "Balladyna" w Narodowym. Adam Hanuszkiewicz zaprzyjaźniony z całą krakowsko-warszawską profesurą polonistyczną, inscenizuje sztukę Słowackiego tak, jak by zapewne wystawiono ją w podziwianym przez wieszcza Cyrku Olimpijskim w Paryżu - żeby widza oszołomić, zachwycić, rozśmieszyć, stumanić i przestraszyć. Wychodzi, jak to formułuje Elżbieta Morawiec, "sukces-skandal". Udaje mu się przy pomocy scenografa Marcina Jarnuszkiewicza powielić rozmaite ikony popkultury i przy pomocy takich rekwizytów jak trzy hondy zmienić teatr w cyrk, w dodatku totalny, okrążający widownię. Zamiast poczciwej lektury, przy której i uczniom, i nauczycielom kleiły się oczy, leciał efekt za efektem. A żeby nie zapomnieli, co oglądają, w charakterze dekoracji w tle stały wielkie trójwymiarowe czerwone litery BALLADYNA."1 To słowa Hanny Baltyn.
Czy "Balladynie" Tyszkiewicza daleko jest do tej maniery "lecących efektów"? Oczywiście - nie. Ale Tyszkiewicz nie nazywa się Hanuszkiewicz. I dobrze. Jego "Balladyna" nie jest może wybitną realizacją, ale jest spektaklem przyzwoitym, na poziomie. I nie wydaje mi się, by dziś ktoś jeszcze pamiętał tę "Balladynę" z 1974 r., gdyby nie owe legendarne hondy...
Zacznijmy może od tego, że "Balladyna" Słowackiego nie jest przecież dramatem, do którego należy podchodzić ze śmiertelną powagą i na kolanach. Sam Słowacki, bawiąc się konwencją ballady i starodawnych legend, korzystając garściami z Szekspira i ironizując z Mickiewicza, zaznaczał: "niechaj tysiące anachronizmów przerazi śpiących w grobie historyków i kronikarzy". Poeta już w strukturze utworu zapisuje pewne pokłady przewrotności, humoru i ironii, tworząc swoisty melanż konwencji i stylów (coś, co dziś nazywamy postmodernizmem wynaleźli już wszakże romantycy). Rzecz dzieje się bowiem "za czasów bajecznych", mitycznych, legendarnych, dokładnie za panowania króla Popiela. Ale cała ta misternie skonstruowania rzeczywistość jest nierzeczywista, tzn. jest właściwie poza czasem. Autor zawarł w niej wiele prześmiewczych wątków, sam parodiując i wykorzystując znane mu skądinąd motywy romantyczne, ludowe czy szekspirowskie. W liście do matki pisał: "Tragedia cała podobna do starej ballady, ułożona tak, jakby ją gmin układał, przeciwna zupełnie prawdzie historycznej, czasem przeciwna podobieństwu do prawdy. Ludzie jednak, starałem się, aby byli prawdziwymi i aby w sercu mieli nasze serca... Jeżeli ma ona rodzinne podobieństwo z którą znajomą sztuką, to chyba z "Królem Learem" Szekspira".2
Dlaczego więc "Balladyna" stała się nagle naszym narodowym dramatem, któremu należy się ceremonialne stawianie pomników?
Dzisiejsi recenzenci ubolewają, że spektakl Tyszkiewicza nie uniósł "wielkości" swego poprzednika sprzed 35 lat. Śmieszy mnie to zawodzenie, zwłaszcza w perspektywie lektury głosów krytycznych po tamtym wydarzeniu. Hanuszkiewicza wcale jakoś wyjątkowo nie wychwalano, przeciwnie - trwała długa dyskusja nad sensownością jego odczytania dramatu Słowackiego. Nawet obrońcy reżysera zauważali w widowisku pewne braki bądź pomyłki: "Klarowne w pomyśle widowisko nie jest bez grzechu. W drugiej części konsekwencja jego wydaje się zachwiana. "Balladynę" zagrać można jedynie zachowując równowagę dwóch tonacji: ironiczno-farsowej i tragicznej. O ile dotąd inscenizacje cierpiały na przerost tragizmu, o tyle widowisko w Teatrze Narodowym wydaje się nadmiernie przeciągnięte w drugą stronę, zdominowane przez szyderstwo. Samej Balladynie, granej na miarę codzienności, wydaje się brakować oddechu w bynajmniej nie farsowej scenie sądu."3
Podobnie rzecz ma się u Tyszkiewicza. Zdecydowanie wyraźna jest tu (oczywiście słuszna) chęć uwspółcześnienia tekstu. Nie ma więc Gopła, a jedynie to, co po nim się ostało: sterta pozostawionych zapewne przez turystów, plastikowych, niebieskich butelek (świetny pomysł Jana Kozikowskiego, by wodę imitował plastik, który ma właściwości odbijania światła jak woda właśnie), wypełniających orkiestron i będących miejscem przynależnym Goplanie. Las zastępuje natomiast przestrzeń sztucznie zakomponowana - platforma jeżdżąca, na której scenograf ustawił donice z roślinami mniej lub bardziej bujnie rosnącymi (co można odczytać jako nawiązanie do naszej epoki rezerwatów, cieplarni, palmiarni itp., gdzie już prawie nie ma lasów, tylko wyselekcjonowane przez człowieka dla natury miejsca) oraz przypadkowo zgromadzone sprzęty prosto ze śmietnika w tym starą szafę, w której ukrywa się / zamieszkuje Pustelnik. Naczelny zamysł polega na tym, by przestrzeń onegdaj bajkowo-balladową zamienić na coś teraźniejszego, bliższego naszym czasom. Ostatecznie więc powstaje śmietnik (poza przywołanymi już komponentami na scenie widzimy też kontenery na śmieci, które można już było niegdyś podziwiać np. u Klaty w "Fantazym" czy w "Romeo i Julia" Rekowskiego). I nie doszukiwałabym się z tej okazji proekologicznych zamiarów twórców - raczej chęci oswojenia okolic Gopła. Wszak nic tak nie uspokaja współczesnego człowieka jak obecność plastiku, który stał się stałym składnikiem otaczającego nas świata.
W tej przestrzeni wydzielono jeszcze jeden, osobny obszar - rodzaj altanki, zadaszenia ozdobionego jarmarcznymi, czerwonymi lampkami, w którym znajduje się orkiestra i trzy dziewczyny śpiewające pieśni à la Brathanki. Jest to bardzo ciekawy zabieg. Altanka początkowo znajdująca się na poziomie sceny, wjeżdża w pewnym momencie nad nią, stając się tym samym typem obserwatorium, z którego można śledzić losy bohaterów. Pomijając kwestie urozmaicenia czy ożywienia spektaklu przez muzykę na żywo (co ostatnio stało się dość często stosowanym chwytem w naszym teatrze), należy powiedzieć o kilku funkcjach tegoż zespołu. Po pierwsze stanowi on swoisty chór, przynależny światu fantastycznemu (nie bez powodu to Skierka - jako przedstawiciel mikrokosmosu nierealnego wchodzi do altanki, by z góry rzucić "czar" na powóz Kirkora), komentujący wydarzenia, współgrający z tym, co dzieje się na scenie. Po wtóre to świetny obraz tego, jak postrzegana jest dzisiejsza ludowość - a więc przez pryzmat festynów, biesiad, zabaw, czyli kolorowo i z przytupem. Wieś dziś - po dekonstrukcji mitu sielskości wsi Reja i Kochanowskiego czy chłopomanii Wyspiańskiego - nie jest już strefą, w której może objawić się sacrum ani też obszarem mitycznym, w którym dominuje urokliwy landszaft. Tyszkiewicz pokazuje nam wieś współczesną, w której nie ma miejsca na cudowności natury, zjawiskowość fauny i flory ani tym bardziej fantastyczne zjawy czy duszki. Obecne są natomiast jarmarczne biesiady, notoryczny brak zajęcia, chęć wyrwania się do miasta (i na tę przypadłość cierpią współczesne Alina i Balladyna), nuda i nijakość (z których najpewniej bierze się romans Balladyny i Grabca oraz pijaństwo tego ostatniego). Wszystko to zmiksowane jest z obecnymi tam już naleciałościami "miejskości" (np. wygląd dziewcząt - z jednej strony błyszczyk do ust, z drugiej - gumofilce) oraz pozostałościami po dziewiczej naturze i starodawnych zwyczajach (leśne duchy, Pustelnik, zbieranie malin, korona jako atrybut królestwa, sąd jako relikt samosądu itd.). Ta swoista folklorystyczna hybryda to współczesność, nasze hit et nunc.
Zasada takiego aliażu oraz swoista umowność, pewien rodzaj nawiasu, cudzysłowu stanowią fundamentalny budulec widowiska - zastosowano ją także w stosunku do postaci. Bohaterowie więc nie są tragiczni do szpiku kości. Ba, niemal wcale nie są tragiczni. Gdzie dziś szukać Balladyny, która zabijałaby siostrę na serio, by zyskać męża, władzę i sławę? Rozwiązanie, by morderstwo dokonało się jakby przypadkiem, a Alina (w tej roli bardzo papierowa Magdalena Lamparska) została odbrązowiona, nie była tak naiwną i niewinną istotą, jak to dotąd prezentowano, wydaje się trafionym pomysłem. Jak inaczej dzisiaj wytłumaczyć Balladynę? Jej czyn wynika więc ze zbiegu okoliczności: przekomarzanie się z Aliną, która poniżając siostrę, wyciągając na jaw jej romans i nieumiejętności, przepycha i kopie, doprowadza w końcu do nieszczęścia. Zło nie tkwi w Balladynie od początku, ono się rodzi w niej z czasem; bohaterka jest w zasadzie jego narzędziem, nie odwrotnie.
Podobnie sprawa się przedstawiała u Hanuszkiewicza. Alina "(...) nie jest zgodnie z dotychczasowym stereotypem przesłodzonym niewiniątkiem, lecz sprytną dziewczyną umiejącą współzawodniczyć z siostrą o karierę i męża-hrabiego."4 Balladyna zaś w wykonaniu Anny Chodakowskiej, której reżyser "polecił grać nie zwyczajowego demona zła, lecz zwykłą dziewczynę, sprowokowaną do pierwszego zabójstwa przez siostrę, a potem pchaną od zbrodni do zbrodni przez strach i złego doradcę Kostryna (Krzysztof Chamiec)."5 Ten sam schemat działania sprawdza się w "Balladynie" AD 2010.
Inna kwestia to gra aktorska. Nie jestem w stanie rzecz jasna ocenić kunsztu aktorów Hanuszkiewicza. Jeśli zaś chodzi o zespół Tyszkiewicza - i owszem. Zacznijmy od tytułowej postaci. Balladyna Gorodeckajej - świeżo upieczonej, ubiegłorocznej absolwentki AT, jest - mówiąc najkrócej - nijaka. Ale ta nijakość ma swoje uzasadnienie. Nie wyobrażam sobie żadnej koturnowej postaci, która jednocześnie miałaby być współczesna i autentyczna. Tego autentyzmu Balladynie nie brakuje. Szara, pospolita, zwyczajna dziewczyna, w kusej bluzeczce i dżinsach (wersja druga: jasnopopielaty dres, a w zanadrzu, w razie potrzeby - różowe szpilki), taka, jakich wokół nas pełno. Nie cechuje jej żaden rodzaj nadprzeciętności ani w urodzie, ani inteligencji. Oczywiście żal, że brakło iskry, wyjątkowości, czegoś, co uniosłoby ją i postawiło ponad tłum, ale postać straciłaby wówczas na wiarygodności. Z tą Balladyną utożsami się na pewno niejedna nastolatka. Tworzenie spektaklu niezrozumiełego dla teraźniejszej widowni, anachronicznego i sztucznego, mijałoby się przecież z celem. Jak pisała Marta Fik o Hanuszkiewiczowskim przedstawieniu: "Pozyskać publiczność - znaczy trafić w jakieś jej potrzeby. Hanuszkiewicz ma rację, nie jest to publiczność ta sama, która bywała w teatrze w roku 1839. A nawet nie ta sama, która przychodziła tam dziesięć lat temu. Dlatego właśnie wymaga przystosowywania klasyki do swych potrzeb. "Uwspółcześnianie" nie znaczy tu jednak więcej jak przekładanie myśli na efektowny obraz. Dlatego właśnie przedstawienie w Narodowym mówi więcej prawd o dzisiejszym teatrze i widowni niż o utworze Słowackiego."6
Bardzo trudno osiągnąć ideał, czyli połączyć w odpowiednich proporcjach interpretację klasycznego utworu z aktualną, palącą, żywą inscenizacją. Nie udało się to w pełni ani Tyszkiewiczowi, ani Hanuszkiewiczowi, ale żaden z nich nie wystąpił przeciwko autorowi. Obaj starali się być blisko widza. O tym, jak blisko jest Tyszkiewicz świadczyć mogą reakcje na widowni, na której zasiada mnóstwo młodzieży (w tym oczywista szkolnej) oraz jej pochlebne recenzje zasłyszane w foyer (byłam takowych świadkiem). Tak więc sprawdza się stara prawda, że to, co nie podoba się krytyce zazwyczaj podoba się publiczności.
W ocenie motywacji bohaterów pamiętać należy przede wszystkim o najistotniejszej zasadzie, która rządzi światem stworzonym przez Słowackiego, a mianowicie - o magii. Przecież to od - na pozór niewinnego - uroku rzuconego przez Skierkę i późniejszych (już mniej niewinnych) zaklęć Goplany - zaczyna się cała machina pomyłek i nieszczęść. Oczywista przypomina nam to wypisz, wymaluj, "Sen nocy letniej", z tą różnicą jednak, że tu nie będzie happy endu.
A ten fantastyczny świat zbudowany jest wprost wybornie. Pustelnik (można rzec łącznik obu światów) grany jest przez Jarosława Gajewskiego w sposób, który na pewno zadowoliłby autora i jemu współczesnych. Podobnym "romantycznym" bohaterem do cna przeżartym płaczliwą egzaltacją, sygnalizowaną nawet w kostiumie, jest Filon Przemysława Stippy. Gajewski zaś z wyczuwalnym dystansem prezentuje przerysowane, pompatyczne, recytatorskie i przeżywające aktorstwo, ukazujące nieprzystawalność Pustelnika do żadnego ze światów. Miota się i unosi, przez co wydaje sie jeszcze bardziej niezrównoważony niż Goplana i jej świta. On popycha Kirkora do wybrania sobie żony z ludu, jest więc siłą sprawczą z jednej strony, Goplana zaś z drugiej.
I tu muszę zatrzymać się na dłużej, bowiem postać stworzona przez Beatę Ścibakównę zupełnie przesuwa akcenty w hierarchii osób i zdarzeń. "Królowa fal" rządzi. I to nie tylko falami, rządzi niepodzielnie zarówno w krainie duchów i rusałek, nimf i innych tego typu stworzeń, jak i na scenie. Ta zjawa z "mgły i galarety" stylizowana na postać rodem z Disneya, jest tu swoistym master of puppets. Długie sztuczne rzęsy, jeszcze dłuższe rude włosy oplatające całą sylwetkę, dodają jej efemeryczności i zjawiskowości. To ona gra pierwsze skrzypce. Od niej wszystko zależy, ona jest przyczyną wprawienia w ruch całej machiny przyczynowo-skutkowej, uosobieniem ślepego fatum. To Goplana w tej realizacji jest główną bohaterką, noszącą znamiona tragizmu - wszak wszystkie jej decyzje, będące przyczyną późniejszych nieszczęść wśród ludzi, są podyktowane miłością, zazdrością, zawodem, cierpieniem. Okazuje się najbardziej "ludzka" (nie wyłączając ludzkich ułomności) z wszystkich.
Jej towarzysze - Chochlik (Andrzej Blumenfeld) oraz Skierka (Jerzy Łapiński) kreowani są pierwszorzędnie. Dwaj ni to włóczędzy, ni to klauni, odziani zostali w szmaty, szelki i za duże spodnie (Skierka), spódnicę z futerka à la baletowa paczka i getry à la Pszczółka Maja (Chochlik) oraz butorolki. Skierka stylizowany jest też trochę na Hermesa przez swoje sterczące siwe włosy niby skrzydełka. Starsi aktorzy, grający zdziecinniałe stworki, bawiące się oponami i snujące się w znudzeniu w poszukiwaniu rozrywki czy psoty, przysparzają widzowi niemało uciechy.
Jeszcze tylko Grabiec Emiliana Kamińskiego, który stworzył postać barwną, jest godny zapamiętania i wspomnienia. Grabiec reprezentuje motyw znany od dawna w naszej kulturze, tj. motyw "z chłopa król". Ten wiejski pijaczyna przypomina nam o plejadzie polskich chamów na salonach z Bigdą i Dyzmą na czele. Zarówno Król Dzwonkowy, zabraniający ptakom śpiewać, jak i Wierzba Płaczka w wykonaniu Kamińskiego są perełkami w tym spektaklu.
Niestety nie można tego powiedzieć o pozostałych artystach, grających role pierwszoplanowe, nieprzywołanych dotąd przeze mnie, czyli: bardzo akademickim Grzegorzu Kwietniu (jego Kirkor przypomina kreację ze szkolnego teatrzyku), niewyraźnej, jakby zatrzymanej w pół drogi między graniem a wyłącznie wypowiadaniem kwestii Małgorzacie Rożniatowskiej (Matka), oraz bardzo słabym Marcinie Hycnarze, który niestety grając na jednej nucie, nie wykorzystał możliwości roli Kostryna do stworzenia przebiegłego manipulatora o wielu twarzach. Głównie z tej przyczyny wszelkie sceny dworskie (poza udaną sceną uczty) nie wypadły najlepiej. Kostryn i Balladyna jako państwo Makbet ewidentnie nie idą tu w parze, są jakby osobno, nie ma między nimi żadnej namiętności, ani fascynacji władzą, ani fascynacji seksem, co w połączeniu daje przecież rewelacyjną mieszankę wybuchową i aż grzech jej tu nie pokazać.
Niedobrze się też stało, że aktorom założono mikroporty. Prawdopodobnie powód był prozaiczny - ulokowani na dużej, otwartej scenie, nieograniczonej ścianami, kulisami czy zastawkami, narażeni zostali na "uciekanie" dźwięku. Jednak mikroporty powodują, że ich głosy stają się sztuczne i niewyraźne, zagłuszane czasem przez akustyczne sprzężenia, co powoduje, że Słowackiego słucha się z mniejszą przyjemnością niż gdyby mówili oni "normalnie".
Jeszcze tylko słowo uznania dla scenografa - Jana Kozikowskiego, który popisowo poprowadził stronę wizualną spektaklu - zarówno kwestie scenograficzne, jak i kostiumy (zwłaszcza proste, ale z klasą suknie Balladyny - królowej) cieszą oko. Świetnie poradził sobie z operowaniem umownością w przypadku niektórych rozwiązań np. powóz Kirkora (w postaci złotej kanapy), wnętrza królewskie (sygnalizowane jedynie przez znaki tj. olbrzymie obrazy w złotych oprawach i bogate żyrandole), sąd (rozciągnięte niczym harmonijka zapadnie teatralne układające się w coraz to wyższe stopnie). Nie dostrzegam tu jednak użytej, rzekomo całej, machiny teatru. Ledwie garść. Niedowiarkom polecam "Opowiadania dla dzieci" w tym samym miejscu.
Fusion to określenie często stosowane ostatnio do nazwania typu kuchni. Myślę, że idealnie ono pasuje do "Balladyny" Tyszkiewicza, łączącej polski groch z kapustą z odrobiną światowych smaków w postaci przypraw i przybrania.
Lena Berny
Teatralia Warszawa
12 lutego 2010
1 H. Baltyn, Hondy Hanuszkiewicza, "Foyer" 2005, nr 15/09, cyt za:
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/15837.html.
2 J. Słowacki, cyt. za: Marta Fik, "Balladyna" współczesna?, "Twórczość" 1974, Nr 5,
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/79909.html.
3 W. Orłowski, Oj, ta Balladyna...!, "Odgłosy" 1974, nr 13, cyt. za:
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/79600.html.
4 Tamże.
5 Tamże.
6 Marta Fik, "Balladyna" współczesna?, Twórczość 1974, Nr 5, cyt. za:
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/79909.html.
Teatr Narodowy w Warszawie
Juliusz Słowacki
"Balladyna"
reżyseria: Artur Tyszkiewicz
scenografia: Jan Kozikowski
reżyseria światła: Piotr Pawlik
muzyka: Jacek Grudzień
ruch sceniczny: Izabela Chlewińska
obsada:
Pustelnik - Jarosław Gajewski
Kirkor - Grzegorz Kwiecień
Matka - Małgorzata Rożniatowska (gościnnie)
Balladyna - Wiktoria Gorodeckaja
Alina - Magdalena Lamparska (gościnnie)
Goplana - Beata Ścibakówna
Chochlik - Andrzej Blumenfeld
Skierka - Jerzy Łapiński
Filon - Przemysław Stippa
Grabiec - Emilian Kamiński (gościnnie) / Jerzy Radziwiłowicz
Kostryn - Marcin Hycnar
Kobieta 1, chór - Joanna Kwiatkowska-Zduń
Kobieta 2, chór - Bożena Stachura
Dziewczyna, chór - Magdalena Warzecha
Gralon - Marcin Przybylski
Kanclerz - Jacek Mikołajczak
Goniec - Paweł Tołwiński
Lekarz koronny - Marek Barbasiewicz
Starzec - Jacek Różański
Żółnierz 1 / Chrząszcz z Jemioły - Robert Jarociński
Gryf - Modest Ruciński
oraz:
Robert Kuraś, Kamil Dominiak (AT), Wojciech Michalak, Daniel Salman
premiera: 11 grudnia 2009 r.