The Chóry Gertrudy Stein
Istnieją trzyminutowe piosenki nagrywane przez zespoły z "The" w nazwie. Brytyjska fala do spółki z kilkoma grupami zza oceanu plus band importowany prosto ze Szwecji. Dynamiczna melodia tworzona przez trzy gitary, perkusję i charyzmatycznego wokalistę z genialną mieszanką zadziornej nonszalancji i buntowniczego porywu serca. Krótka zwrotka, refren, zwrotka, dwie solówki, parę raźnych okrzyków, trochę bezczelności i utwór gotowy!
Istnieją spektakle porywające swoim rytmem oraz intensywnością wrażeń zgromadzonych w przeciągu niecałych 60 minut. To jest prawie niemożliwe, by można tak szybko zdobyć zaufanie publiczności, rozbawić ją totalnie i jeszcze nauczyć swojego sposobu odczytywania całej reszty świata. A jednak! "Technika punktu świetlnego" jest na to żywym dowodem. Nie bez kozery "żywym", bo przecież na scenie wszystko zawsze dzieje się znów na nowo, kolejny raz po raz pierwszy.
Tajemnicze Chóry Gertrudy Stein, to: Marcin Brzozowski, Piotr Szrajber i Grzegorz Stosz. Z załączonych tu i ówdzie informacji wynika, że zespół poznał się dobrze i założył w czasie kończenia przez nich PWSFTviT w Łodzi. Za ów spektakl otrzymali szereg nagród, kolekcjonowanych na różnych festiwalach. Taka wiadomość potrafi czasem zdystansować do przedstawienia. Wiadomo, oczekiwania rosną. Mimo to, całe wytworzone napięcie rozpadło się jak misternie ułożone kostki domina. I co zostało? Obraz z fonią - prosto z krtani performatorów, historia z przesłaniem o tym, jak trudno jest być aktorem, i całe morze śmiechu płynące od światła do światła. Tak, bo tytuł nigdy nie jest zwykłym banałem, i tak, bo to była opowieść o technice punktu świetlnego.
Zaczęło się w prawie magicznej atmosferze, jedno tylko źródło antymroku na całą pustą scenę. Aktor kąpiący się w świetle i wykonujący przeróżne konfiguracje gestów. Przez myśl przejść mogło hasło, że będzie poważnie, drżąco i nieco dziwnie. Minęła chwila i dopiero wtedy rozpoczął się prawdziwy wyścig stosowania różnych konwencji. Śpiewanie, skakanie, wybijanie rytmu, skandowanie sprzecznych treści. Aktorzy na przemian psuli reguły "porządnego", klasycznego spektaklu, zakładając swoje własne i powracali do źródeł tej sztuki.
Okazuje się, że to, co widzowie mogą oglądać na scenie teatru, nie jest całą prawdą. Jest tylko częścią wyciętą z całego gąszczy współistnień. Wiadomo o wszystkich zależnościach pomiędzy aktorem, postacią, a odbiorcą. Te nitki krzyżują się ze sobą swobodnie, dodajemy jeszcze kostiumy, rekwizyty, i tyle nas widzieli. Tymczasem, jest jeszcze coś. W Szwalni, okazało się, że światło dla aktora to oddzielny byt, z którym również należy się w jakiś sposób porozumieć. Stworzenie i miejsce jednocześnie, bo gdy aktor stanie w odpowiednim punkcie skupiającym wiązki światła, to stanie się na wpół widzialny dla publiczności. Odkryje wtedy jedyne logiczne miejsce swojego istnienia. Uwięzienie w świetle reflektorów, jest dla niego równie istotne, co bilet do filmu w Hollywood.
Ironia czy prawda? A może zależy od tego, jak mu pójdzie casting? A może niedoceniony wcześniej artyzm stanie się prawdziwym przebojem? Kto to może wiedzieć...
W "Technice punktu świetlnego", aktorzy reżyserują się sami. Prowadzą się całkiem nieźle, muszę przyznać. To żart oczywiście, z tym kontrolowanym entuzjazmem, gdyż są naprawdę świetni. Akustycznie, warsztatowo i pod każdym innym względem.
Olga Chwiłowicz
Teatralia Łódź
11 lutego 2010
Teatr Szwalnia w Łodzi
Philip Dimitri Galas
"Technika punktu świetlnego"
przekład: Sławomir Michał Chwastowski
twórcy: Chóry Gertrudy Stein
Piotr Szrajber, Grzegorz Stosz, Marcin Brzozowski