Rejs niemieckiego łącznika
Immanuel Kant zdumiewał nie tylko swoimi poglądami, lecz także nadzwyczajnie poukładanym trybem życia i przywiązaniem do rodzinnego miasta. Jednak Thomas Bernhard wysłał go w podróż życia na statek transoceaniczny. Reżyserujący przedstawienie Krystian Lupa nie odkrył Ameryki, ale podczas rejsu nie zabrakło ciekawych momentów.
Czasami się zastanawiam, czy autor "Krytyki czystego rozumu" nie zasługuje na miano najbardziej charakterystycznej osobistości w dziejach filozofii czasów nowożytnych. Nie chodzi mi jedynie o rewolucyjne poglądy, ale także o niezwykły tryb życia uczonego z Królewca, o którym anegdotki chętnie są powtarzane do dnia dzisiejszego. Życie zaplanowane niemalże co do minuty, tak żeby mieszkańcy rodzinnego miasta nauczyli się regulować zegarki, patrząc na spacerującego profesora. Brak przyzwolenia na spontaniczność, umiłowanie porządku, to zachowania, które rozbudzały wyobraźnię nie tylko młodych adeptów filozofii gotowych poświęcić swój żywot na dociekaniu prawdy, lecz również wielu mistrzów słowa: Thomasa de Quincey`a, Bolesława Micińskiego, a także prowokatora niemieckojęzycznego mieszczaństwa - Thomasa Bernharda, którego dramat o osiemnastowiecznym filozofie wyreżyserował Krystian Lupa.
Bernhard, nie przejmując się zanadto prawdopodobieństwem opisywanych przez siebie zdarzeń, oddelegował Kanta na statek płynący do Nowego Jorku, gdzieś w pierwszej połowie dwudziestego wieku, ale już po katastrofie "Titanica". Filozof nie wybrał się w podróż sam - towarzyszyła mu żona (chociaż twórca "przewrotu kopernikańskiego" zachwalającego racjonalność instytucji małżeństwa nigdy się nie ożenił), wierny kamerdyner (postać jak najbardziej prawdziwa) oraz papuga (o której milczą biografowie), od czasu do czasu skrzecząca "Imperatyw, imperatyw"! Taki tam zwyczajny dzień na ekskluzywnym parowcu, na którym roi się od osobistości sławnych i bogatych, a także żądnej przygód hołoty. Łatwo bowiem zauważyć, że przedstawienie Lupy bazuje na kilku binarnych opozycjach: z jednej strony ludzie sytuowani, tacy jak chociażby światowej sławy profesor prowincjonalnego uniwersytetu, z drugiej strony pląsająca w dyskotekach i ciuchach wyciągniętych z lat osiemdziesiątych hałastra. Z jednej strony ludzie majętni i ważni, a z drugiej zdziwaczały uczony i jego domowa świta. Z jednej strony profesor filozofii, a z drugiej strony zwyczajni do bólu przedstawiciele mieszczaństwa (żona filozofa i wierny kamerdyner), od których on bardziej ceni sobie, pamiętającą wszystkie trzy "Krytyki ...", papugę. Wreszcie sam Kant pęknięty na wizerunek spekulatywnego Kopernika, o którym krążą te wszystkie przedziwne opowieści oraz kogoś, kto nie potrafi myśleć na pełnym morzu i jest w zasadzie nieciekawym, despotycznym starcem.
Jak zatem prezentuje się samo przedstawienie wyreżyserowane przez Krystiana Lupę? Trochę właśnie jak rejs do Ameryki. Zapowiada się niesamowicie - niezwykły człowiek u progu szaleństwa, zgłębiający się we własną jaźń w takt zachęcającej do introspekcji muzyki. Rzeczywiście większość scen z udziałem wielkiego filozofa, w którego w dużej mierze z powodzeniem wcielił się Wojciech Ziemiański może intrygować, pobudzać do refleksji nad wieloma sprawami, ale niekiedy wręcz śmieszyć. Również podobała mi się niepozbawiona akcentów humorystycznych rozmowa pomiędzy panią Kant (Krzesisława Dubielówna), a gadatliwą Milionerką (Halina Rasiakówna). Poszczególne sceny przeplatane są ustawianiem dekoracji - niemiecki filozof musi mieć w końcu odpowiednio urządzone otoczenie, aby móc myśleć. I nawet tropienie tych regularności mi się podobało, w przeciwieństwie do tanecznych popisów młodych ludzi pląsających w rytm disco, podobnie jak większość chaotycznych wydarzeń podczas wieńczącej przedstawienie, a zarazem dzień na statku, uroczystej kolacji, podczas której sędziwy filozof w końcu rusza się z fotela i zaczyna tańczyć w takt jakiegoś "modern dance" wymieszanego z walcem "Nad pięknym, modrym Dunajem".
Mówiąc najkrócej, przedstawienie oglądało się nieźle, jednak nie wszystkie pomysły wydawały mi się fortunne. Odniosłem zaskakujące wrażenie podobne do tego, które towarzyszyło mi podczas oglądania "Rejsu" Piwowskiego: czasami bardzo dobrze, ale w całości przedstawienie jest dość ciężkostrawne i raczej rozwlekłe - w końcu podróż przez ocean musi trwać długo. Natomiast sam Kant nie przypomina mędrca, a raczej szaleńca zagrożonego utratą reszty rozumu. Stąd moje nawiązanie do jednego z rozdziałów "Zamkniętego umysłu" Allana Blooma traktującego o tym, że filozofia Nietzschego mocno i niebezpiecznie namieszała w głowach amerykańskich studentów. Może nieprzypadkowo imponująca pamięcią papuga nazywa się Fryderyk...
Michał Wróblewski
Teatralia Trójmiasto
10 lutego 2010
Teatr Polski we Wrocławiu
Scena na Świebodzkim
Thomas Bernhard
"Immanuel Kant"
reżyseria: Krystian Lupa
przekład: Jacek St. Buras
opracowanie tekstu: Krystian Lupa
scenografia: Krystian Lupa
muzyka: Jacek Ostaszewski
obsada:
Kant - Wojciech Ziemiański
Pani Kant - Krzesisława Dubielówna
Ernst Ludwik - Henryk Niebudek
Fryderyk, papuga - Krzysztof Dracz
Milionerka - Halina Rasiakówna
Kapitan - Miłogost Reczek
Admirał - Andrzej Mrozek
Kardynał - Paweł Okoński
Kolekcjoner dzieł sztuki - Krzysztof Baumann
Steward - Adam Cywka
Kucharz - Tadeusz Szymków
Antykapitan - Tomasz Lulek
Ana - Elżbieta Czaplińska
Bela - Monika Bolly
But - Konrad Imiela
Wgure - Wojciech Dąbrowski
Wdul - Marian Czerski
premiera: 13 stycznia 1996 r.
Spektakl przeniesiony do Teatru TV.