Oczyszczeni z człowieczeństwa
Teoria, że świat to obóz koncentracyjny, w którym "Ludzie ludziom zgotowali ten los" nie jest na dzień dzisiejszy odkryciem Ameryki. Jednak, kiedy nagle zostanie to przypomniane w sugestywnym, a jednocześnie bezpośrednim i skondensowanym obrazie, można przeżyć niemal szok. Na wrocławskim Międzynarodowym Festiwalu "Świat miejscem prawdy" został po kilku latach znów w Polsce zaprezentowany legendarny spektakl Krzysztofa Warlikowskiego "Oczyszczeni".
Przedstawienie zaczyna się brawurowym monologiem o miłości w wykonaniu Renate Jett. Wypowiada ona tekst, zaczerpnięty z innego dramatu Sarah Kane - "Łaknąć". Monolog ten wprowadza w klimat: aktorka ma lekkie trudności z prawidłową artykulacją polskiego tekstu, przez co wydaje się on rozpaczliwy i kaleki. I właśnie takie są w tym spektaklu wszelkie działania bohaterów - każde wyrażone pragnienie kończy się kalectwem, o co "dba" Tinker (Mariusz Bonaszewski). Tinker to postać wieloznaczna, która może być interpretowana jako trener, lekarz, nauczyciel, szaleniec, jak też np. Bóg. W każdym jednak z tych "możliwych wcieleń" posiada on niemal pełną kontrolę nad życiem swoich uczniów / wychowanków / pacjentów. Każda ich rozmowa, zachowanie czy nawet minimalny, sugestywny gest, stają się dla Tinkera inspiracją - bodźcem do wykorzystania słów i czynów postaci przeciwko nim samym.
Przestrzeń, w której znajdują się bohaterowie, może kojarzyć się z salą gimnastyczną w szkole, siłownią, szpitalem psychiatrycznym lub odwykowym, siedzibą narkomanów, a nawet... obozem koncentracyjnym. To ostatnie skojarzenie wiąże się z tym, czego na scenie dokonuje Tinker: w swoim postępowaniu przypomina wręcz okrytego niezwykle złą sławą doktora Mengele. Oczywiście w wykonanej przez Małgorzatę Szczęśniak scenografii znajduje się jeden z ważniejszych, stałych elementów: wielkie, jakby matowe lustro, zajmujące całą lewą ścianę sceny. To w tym lustrze odbijają się (zostają też w pewien sposób zwielokrotnione) efekty działań Tinkera. Stwarza to również wrażenie, że bohaterowie nie są w żadnym momencie bezpieczni. Ponadto po prawej stronie znajduje się przezroczysty korytarz, w którym najczęściej "stoi na straży" Tinker jako niemy obserwator, wkraczający w kulminacyjnym momencie interakcji między konkretnymi bohaterami. Może więc wydawać się, że Tinker - Demiurg potrafi przewidzieć ich reakcje i ukrócić je, lub np. próbować zdusić w zarodku rodzące się uczucie (jak to między Carlem i Rodem).
Każda kolejna scena "Oczyszczonych" poraża - zarówno ze względu na doskonałe aktorstwo, niesamowite światło (w reżyserii niezawodnej Felice Ross), muzykę (wykonywaną na żywo przez Pawła Mykietyna), jak i na samą treść, w której wszystko jest rażąco bezpośrednie i brutalne, a jednocześnie przerażająco wręcz prawdziwe. Grace chce stać się swoim bratem po jego śmierci - była z nim tak silnie związana, że w żaden sposób nie potrafi pogodzić się z jego śmiercią. Kocha go nadal, szczególnie, że Graham nadal z nią rozmawia - Grace widzi jego ducha, którego obecność ją uspokaja i utwierdza w przekonaniu, że chcąc oddać mu cześć, powinna zmienić się w niego. Homoseksualiści Carl i Rod próbują stworzyć związek - szczególnie nalega na to Carl (Tomasz Schweibereier), jednak to uczucie niszczy w nieprawdopodobny sposób Tinker, który torturuje wręcz bohaterów, ośmielających się kochać.
Ważną postacią jest tancerka z Peep Show (w tej wersji: Ewa Dałkowska, w wersji pierwotnej: Stanisława Celińska), będąca uosobieniem miłości - potężnej siły, nad którą panuje Bóg (czyli być może Tinker). Tinker nie chce, żeby kobieta zniknęła: pragnie ją zatrzymać, ponieważ w niej widzi jakby obraz swojej miłości ze "szkoły" - Grace. Do Tinkera należą wszystkie ostateczne decyzje. Kiedy Grace przychodzi do niego, mówiąc, że chciałaby zostać, Tinker odpowiada, że i tak ją usuną. Jednak wcale tego nie chce, tak samo jak naprawdę nie ma ochoty wychodzić z pomieszczenia, w którym znajduje się Grace. Ponadto Tinker spełnia jej swoiste marzenie - zamienia ją w mężczyznę: można powiedzieć, że jest gotów zrobić wszystko dla niej, a nie przeciwko niej (jak to ma miejsce w stosunku do pozostałych). Paradoksalnie "lekarz" sam również poszukuje towarzyszki życia, a dokładniej: kogoś, kto go pokocha. Z powodu (nieuświadomionej?) miłości do Grace, Tinker torturuje też Robina jako kogoś, z kim dziewczyna nawiązała nić porozumienia - "nauczyciel" chce wyeliminować swojego potencjalnego "wroga".
Tinker właściwie w żaden sposób nie respektuje tego, co powiedzą, lub zrobią postaci. Trudno jest przyjąć, że on robi to wszystko z miłości lub w imię miłości - w każdym bądź razie zawsze to miłość jest przyczyną wszelkich jego działań, jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało. Tak naprawdę wszystkie działania bohaterów są konsekwencją miłości, niezależnie od tego, czy jest to uczucie między rodzeństwem, czy też między partnerami.
Tinker znęca się nad pozostałymi z premedytacją, żeby tylko nie dopuścić do ich szczęścia, nawet w szczątkowej formie. Wydaje się, że jego obsesją jest unicestwienie wszelkich przejawów dobra oraz jakichkolwiek wyższych, pozytywnych uczuć. Akcja dramatu rozgrywa się w miejscu, które powinno służyć raczej doskonaleniu ciała i umysłu (którakolwiek z wcześniej wymienionych przestrzeni by to nie była). Staje się jednak ono miejscem kaźni i pomieszczeniem, w którym istoty ludzkie są karane za wszelkie przejawy pozytywnych relacji. Można powiedzieć, że odbywa się tu nieustanne doskonalenie zła. Wnętrze tego pomieszczenia jest tak samo zrujnowane jak wnętrza bohaterów.
Do takich wniosków dochodzi się jednak dopiero po wyjściu z teatru. Wcześniej widz staje się świadkiem okrucieństwa. Co najgorsze, jest to okrucieństwo "oczyszczone": jakby wydestylowane, w czystym i niemal sterylnym, zimnym i właściwie nieprzyjaznym pomieszczeniu. W głębi sceny, pod horyzontem, umieszczone są prysznice - pod jednym z nich Tinker myje się po kolejnej zbrodni - podchodzi, odkręca wodę i staje pod natryskiem. Wydaje się, że chciałby zmyć z siebie wszystko, co go otacza, a przede wszystkim wszystko, czego się dopuścił. Obrazy, które ukazują się przed oczami publiczności, są wstrząsające. Nic nie jest pokazane do końca wprost (najbardziej fascynująca, a zarazem budząca największą grozę jest plastyczna scena, w której Tinker odrąbuje Carlowi kolejne kończyny), ale ich sugestywność ma przenikającą do głębi siłę.
Dopiero po spokojnym przemyśleniu tego, co stało się na scenie wrocławskiego Teatru Współczesnego, można dojść do wniosku, z czego wynikają te wszystkie katusze. Tak naprawdę spektakl ten można uznać za ilustrację słynnego zdania Sarah Kane "Być zakochanym to być w Dachau". "Oczyszczonych" można więc potraktować jako metaforę relacji międzyludzkich, które niemal w każdym przypadku są w jakiś sposób kalekie. Między ludźmi zawsze pełno jest napięć i niedomówień, złych interpretacji gestów i zachowań, ponieważ ludzie oddziaływają na siebie często w sposób nie do końca uświadomiony. Może to być również metafora wielości sprzecznych, wykluczających się uczuć, jakimi miotana jest osoba zakochana. Dla Tinkera poszukiwanie miłości staje się swego rodzaju obsesją, dlatego nie może on znieść tego, że ktoś ma szansę stać się przed nim szczęśliwym. Wszelkie uczucia są tu doprowadzone do skrajności, są celowo brutalne, dziwne, przerysowane niemal do granic możliwości, a przy tym jakby wydestylowane i przepuszczone przez skomplikowaną ludzką psychikę: nienawiść, partnerstwo, pożądanie, braterstwo, władza, przyjaźń, miłość. Ludzie zostają tu totalnie oczyszczeni z człowieczeństwa - odzierani z niego w miarę okaleczania przez Tinkera. Jednocześnie spektakl ten pokazuje, do czego może doprowadzić dążenie po trupach (dosłownie!) do celu, powodowane nieokiełznanym pragnieniem osiągnięcia czegoś, co inni trzymają praktycznie w rękach. Po obejrzeniu "Oczyszczonych" można wysunąć tezę, że miłość to najniebezpieczniejsza choroba psychiczna na świecie.
Krzysztof Warlikowski pokazuje, do czego prowadzi chęć zdobycia miłości za wszelką cenę. W otoczeniu kafelków, pośród materacy i gimnastycznych sprzętów rozgrywa się dramat, któremu jakby winni stają się w pewnym momencie widzowie jako niemi świadkowie okrucieństwa - czyli pozwalający na nie. Po tekście padającym z ust jednego z bohaterów: "Zabić ich wszystkich" światło na widowni zapala się, a wszystkie postaci patrzą oskarżająco, pogardliwie, z pewnością i nienawiścią wprost w twarze skonsternowanych widzów. W takim świecie nikt nie ma prawa czuć się bezpiecznie - zawsze gdzieś będzie czekał jakiś Tinker (mogący być także uosobieniem diabła), który brutalnie i właściwie bez wyraźnego ostrzeżenia przerwie choćby namiastkę sielanki i nie będzie chciał dopuścić do komfortu nawiązania porozumienia między ludźmi.
Ze spektaklu wynika, że praktycznie każda miłość jest nieszczęśliwa i wymusza pewne poświęcenia ingerujące głęboko w jednostkę. "Oczyszczeni" mówią też, że miłość wymaga złożenia w pewien sposób drugiej osobie ofiary z siebie. Została tu równocześnie przejaskrawiona w ostrzegawczy sposób waga i wpływ uczuć, z których każde może stać się chorobą, w skrajnej formie prowadzącą do śmierci.
Joanna Marcinkowska
Teatralia Zielona Góra
4 lutego 2010
Wrocławski Teatr Współczesny
Sarah Kane
"Oczyszczeni"
("Cleansed")
przekład: Jacek Poniedziałek, Krzysztof Warlikowski
reżyseria: Krzysztof Warlikowski
scenografia: Małgorzata Szczęśniak
światło: Felice Ross
muzyka: Paweł Mykietyn
asystent reżysera: Ivo Vedral
obsada:
Mariusz Bonaszewski, Tomasz Tyndyk, Tomasz Schweibereier / Tomasz Wygoda, Jacek Poniedziałek, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Redbad Klijnstra, Stanisława Celińska/ Ewa Dałkowska, Renate Jett
premiera: 15 grudnia 2001 r.
Spektakl powstał w koprodukcji Wrocławskiego Teatru Współczesnego, Teatru Polskiego w Poznaniu, Teatru Rozmaitości w Warszawie, Hebbel-Theater w Berlinie i Theorem-Europejskiej Komisji Kultury.
Gościnnie na festiwalu "Świat miejscem prawdy" 2009 we Wrocławiu.