"Człowiek... dziwne... dziwne..."
Każdy z nas przynajmniej raz w życiu w pewnością myślał o momencie swojej śmierci. Charakterystyczna dla każdego ludzka próżność sprawia, że zazwyczaj widzimy wokół siebie mnóstwo ludzi opłakujących nas i nasze przykładne i wartościowe życie. A co, jeśli ze śmiercią przyjdzie nam zmierzyć się wśród tych, których nie szanujemy i którzy, co gorsza, nie szanują nas?
Swoją wariację na temat kondycji człowieka we współczesnym świecie przedstawiła Nieformalna Grupa Avis w spektaklu "Horror vacui" w Teatrze Nowym. W niezwykle prostym i przejrzystym symbolicznie spektaklu stworzyła bez zbędnego patetyzmu wyobrażanie śmierci, na swój sposób oryginalne i poetyckie. Bo czy ktokolwiek wyobraża sobie śmierć jako filigranową dziewczynę, która w białej, zwiewnej sukience tanecznym krokiem przemieszcza się na scenie?
Zamknięci w ciasnym pomieszczeniu, skazani na samych siebie, nie mają dokąd uciec. Piotr, Mariolka, Maks i Beata to czworo ludzi o całkowicie odmiennych światopoglądach, którzy, pech chciał, utknęli w windzie. Początkowa niechęć każdego z nich do swoich współtowarzyszy i nieustanna walka o przedstawienie lepszej historii swojego życia, w końcu przeradza się w swoisty rachunek sumienia. Piotr (Wojciech Stolorz) to mężczyzna skupiony przede wszystkim na swojej karierze, dla niego prawdziwa miłość nie istnieje, jest to jedynie reakcja chemiczna. W każdym jego ruchu, sposobie wypowiadania się widać niezwykłą precyzję człowieka konkretnego i takiego, który doskonale wie, czego wymaga od życia. Jego zaprzeczeniem zdaje się być Beata (Agnieszka Makowska), która z natury jest romantyczką i idealistką. Jej radosny i optymistyczny sposób bycia sprawia, że wierzy w szczerość uczuć swojego partnera - Maksa (Jacek Dojlidko), który w okrutny sposób oszukuje ją, nieustannie zdradzając z innymi kobietami. Dopełnieniem tej trójki jest Mariolka (Ewelina Stepanczenko), dziewczyna czerpiąca z życia pełnymi garściami, zdeklarowana singielka twierdząca, że woli sama decydować o własnym życiu, niż być ograniczona życiem w związku.
Pośród czwórki bohaterów co chwilę przewija się Śmierć (w tej roli niezwykle utalentowana Izabela Maria Wilczewska), budząca trwogę nie tylko wśród więźniów zepsutej windy, ale także wśród publiczności. Z ciekawością przygląda się życiu każdego bohatera, które w spektaklu przedstawione jest za pomocą prostego, a jednak pięknego symbolu - malutkiej lampki zwisającej z sufitu, osobnej dla każdego. Śmierć nie jest jednak mroczną kostuchą czekającą tylko na to, aby zebrać krwawe żniwo. Momentami zdaje się być nawet bardziej zdziwiona człowiekiem i jego zachowaniem niż odwrotnie. Jakby ucząc się wszystkiego od nowa, przygląda się ludziom i ich zachowaniu. Stara się nauczyć mówić tak jak oni. Porozumiewa się językiem migowym. Trzeba jednak pamiętać, że, jak mówi sama o sobie: "Śmierć jest głucha, nie jest niema". Na nic więc zdadzą się nasze prośby o łaskę, kiedy znajdziemy się z nią oko w oko. W chwili ostatecznej nic nie jest nam już w stanie pomóc, należy dokładnie przysłuchiwać się temu, co chce nam powiedzieć, kiedy cicho przechadza się pośród nas. To ona prowokuje nas, abyśmy na chwilę przystanęli i zastanowili się nad sobą. Nie grozi, nie ostrzega przed wiecznym potępieniem, ale delikatnymi ruchami, za pomocą języka migowego prosi bohaterów, aby poszli za nią, a ona pokaże im ich życie. Na początku wydawać by się mogło, że wszystkie te zabiegi odnoszą pozytywne skutki, jednak smutne i wymowne zakończenie spektaklu nie pozostawia nam żadnych złudzeń.
W swoim pierwszym monologu Śmierć mówi o własnym postrzeganiu człowieka. Nie rozumie ani jego samego, ani jego zachowania. W końcu wypowiada słowa, które pozostają w pamięci przez cały czas trwania spektaklu: "Człowiek... dziwne... dziwne...". Do podobnego wniosku dochodzimy, śledząc po kolei życie każdego z bohaterów. W barwnych historyjkach w końcu zaczynamy dostrzegać obrazy rodem z najgorszego koszmaru. Także przestrzeń, w którym odgrywany jest spektakl nie jest bez znaczenia. Podłoga to biała mata, na której namalowany jest czerwony kwadrat. Czy to ring, w którym toczy się walka życia każdej postaci? Bo przecież żyjąc według własnych upodobań, musimy odpierać ataki innych. Także w nas samych toczy się nieustanna bitwa. Próbujemy przekonać siebie, że dotychczasowe życie jest właśnie takie, o jakim zawsze marzyliśmy, jednak w końcu okazuje się, że to kolejne kłamstwo, którym się faszerujemy, aby uciec od samotności. Nasz światopogląd to swego rodzaju "horror vacui", czyli próba rozpaczliwego zapełnienia życia czymkolwiek, by tylko nie czuć pustki wokół. W każdym z bohaterów możemy zobaczyć swoje lustrzane odbicie. Rozpaczliwy krzyk Mariolki, która dochodzi do prawdy o samej sobie: "A moje życie?!". To także słowa tkwiące głęboko w nas. Każda z postaci, z początku pozornie będąca przeciwnikiem wszystkich innych, w końcu okazuje się pretekstem do odkrycia gorzkiej prawdy o samym sobie. Nie można być szczęśliwym, ani wiodąc hedonistyczny tryb życia, ani będąc idealistą bujającym w obłokach. Samo życie wreszcie przestaje już być szczęśliwą krainą, a staje się piekłem, o którym wspomina śmierć. W groteskowych, przerysowanych scenach poznajemy historię naszych bohaterów, ale już nie tak wesołą jak na początku. Piotr gdzieś w głębi ducha marzy o prawdziwej rodzinie, Beata zauważa, że romantyczna miłość nie istnieje, a każde uczucie prędzej czy później rodzi tylko ból. Senny koszmar znika jednak bardzo szybko, jak wypuszczony na wolność balonik, kiedy okazuje się, że śmiertelne wizje to prawdopodobnie tylko halucynacje wywołane brakiem tlenu w ciasnym pomieszczeniu. Wszystko mija, a człowiek, kiedy tylko znów poczuje powiew świeżego powietrza tuż po uwolnieniu, natychmiast zapomina o wnioskach, do których doszedł kilka minut wcześniej.
Spektakl w reżyserii Agaty Biziuk to gorzka i jednocześnie niezwykle wzruszająca historia, opowiedziana nam przez Grupę Avis, będącą nieformalnym stowarzyszeniem studentów łódzkiej Filmówki i studentów wydziału lalkarskiego z Białegostoku. Takie połączenie już na pierwszy rzut oka wzbudza ciekawość. Ich umiejętności zostały w znakomity sposób wykorzystane i wyeksponowane przez reżyserkę, jak chociażby w scenie, kiedy dziecięce ubranko zostaje tak ograne, że na krótką chwilę zdaje się być tchnięte w nie życie. Widzimy małe dziecko, z którym radośnie bawi się jego ojciec, po to, by za moment to wszystko okazało się kolejnym sennym koszmarem jednego z bohaterów.
Kropką nad i dla całości przedstawienia jest muzyka skomponowana przez Roberta Łuczaka. Pozytywkowe dźwięki, rytmicznie pulsujące w naszych uszach są niejako dopełnieniem interpretacji całego spektaklu. Poruszająca się w ich rytm Śmierć nasuwa pytanie, czy nie jest ona jedynie laleczką, która jako figurka w pozytywce porusza się, kiedy jej zagramy. A może jest całkowicie odwrotnie?
Monika Wiktorska
Teatralia Łódź
4 lutego 2010
Nieformalna Grupa Avis
"Horror vacui"
reżyseria: Agata Biziuk
scenografia: Agnieszka Makowska
muzyka: Robert Łuczak
obsada:
Śmierć: Izabela Maria Wilczewska
Mariolka: Ewelina Stepanczenko
Beata: Agnieszka Makowska
Maks: Jacek Dojlidko
Piotr: Wojciech Stolorz
premiera: 4 maja 2009 r.