Po co Radomiowi latynoska Carmen?
Radom kiedyś musicalami "stał". Czasy dyrekcji Wojciecha Kępczyńskiego (obecnego dyrektora Teatru Muzycznego Roma w Warszawie) przyniosły radomskiej scenie dwa świetne przedstawienia muzyczne: "Józefa i cudowny płaszcz snów w technikolorze" oraz "Fame". I chyba warto zaryzykować stwierdzenie, że to właśnie wtedy radomska publiczność kompletnie oszalała na punkcie musicalu. Wygląda jednak na to, że ostatnia premiera Teatru Powszechnego - "Carmen Latina" w reżyserii Tomasza Dutkiewicza - nie powtórzy muzycznych sukcesów sprzed 15 lat. A szkoda!
Musical "Carmen Latina" z librettem Stewarta Trottera i muzyką Calluma McLeoda jest polską prapremierą dzieła, które w kilku krajach europejskich odniosło już spory artystyczno-frekwencyjny sukces. Na sukces w Radomiu się jednak nie zanosi, choć spektakl rozpoczyna się świetną uwerturą - współczesna aranżacja, nowoczesne brzmienie, hit szybko wpadający w ucho...
Muzyka do spektaklu (inspirowana operą Bizeta) napisana jest w konwencji musicalowej i spełnia wszystkie jej założenia. Niestety, jej ostateczny (i dobry!) efekt psują aktorzy śpiewający główne role - zarówno Carmen Marty Wiejak, Jose Łukasza Talika, Michaela Izabeli Sawy oraz Escamillo Marcina Wójtowicza mają problemy z dykcją i są na widowni teatru po prostu słabo słyszalni (czyżby wina reżysera dźwięku?). Także teksty piosenek - zwłaszcza w niektórych partiach - wypadają mizernie. Ba, nawet nieco tandetnie! Niestety, niezrozumiałych słów nawet świetna muzyka nie potrafi obronić. Widz się tylko denerwuje, nadstawia ucha i marudzi w duchu. Ot, tyle.
Na szczęście w sferze wizualnej jest już o wiele lepiej. Spektakl zachwyca scenograficzną wyobraźnią oraz atrakcyjnymi i widowiskowymi układami choreograficznymi. Techniczne możliwości radomskiej sceny są przecież niewiarygodne, a w "Carmen Latina" wszystko działa profesjonalnie. "Obrotówka" kręci się jak szalona, a na niej - jak w kalejdoskopie - zmieniają się tańczący aktorzy. Sceny zbiorowe zasługują na pochwałę, bo feeria różnokolorowych kostiumów, tanecznych układów i zaskakujących efektów świetlnych to jedne z najmocniejszych punktów tego widowiska.
W zbiorowości jest siła, której w ogóle nie ma w tytułowej Carmen i jej dwóch kochankach. Czy na tę zmianę wpłynęło przeniesienie akcji z XIX-wiecznej Hiszpanii do wymyślonego państwa Santa Maria, gdzieś w Ameryce Południowej? Czy warto było uwspółcześniać historię pięknej Cyganki? Carmen Marty Wiejak jest niezależna, nieprzewidywalna i pełna temperamentu (jak na latynoskę przystało), ale nie determinuje jej ani dzika namiętność, ani fatalna miłość, która doprowadza pierwowzór Carmen do tragicznej śmierci. Jose Łukasza Talika to zagubiony żołnierz, który nie potrafi zdecydować się na wybór życiowej drogi - najpierw pragnie zostać kapłanem, potem wyznaje miłość swojej przyjaciółce z młodości, by wreszcie totalnie zakochać się w Carmen. Jego życie to ciągłe rozdarcie między patriotyczną miłością do ojczyzny a miłością do kobiety. Niestety to postać zagrana szalenie schematycznie, bez niuansów operowego pierwowzoru. Także Escamillo Marcina Wójtowicza to torreador zamieniony w umięśnionego piłkarza z "dychą" na plecach, któremu w głowie tylko mistrzostwa świata, puchar dla Santa Marii i... uwiedzenie Carmen. W nim też nie zostaje nic z Bizetowskiego oryginału.
Współczesny sztafaż zabija nie tylko tragizm postaci, lecz także poważny wydźwięk opowiadanej historii. I tego właśnie szkoda najbardziej! To spektakl, który ma ambicję stać się jedynie niezbyt wyszukaną rozrywką dla szerokich mas publiczności. Więc po co Radomiowi taka "Carmen Latina"...?
Paulina Borek-Ofiara
Teatralia Radom
9 lipca 2010
Teatr Powszechny im. Jana Kochanowskiego w Radomiu
Stewart Trotter, Callum McLeod
"Carmen Latina"
reżyseria: Tomasz Dutkiewicz
tłumaczenie: Elżbieta Woźniak
scenografia: Wojciech Stefaniak
choreografia: Sylwia Adamowicz
polskie teksty piosenek: Andrzej Ozga
opracowanie muzyczne: Grzegorz Jabłoński
kostiumy: Ewa Gdowiok
reżyseria świateł: Olaf Tryzna
prapremiera polska: 20 czerwca 2010 r.