Wolnemu - wolność. A pijanemu?
A pijanemu - raj. Tak jeden z prawosławnych mnichów zachęca do zabawy i picia wina w karczmie na granicy z Litwą. Wspominam o tym już na początku, bo choć to scena przebiegająca obok głównego wątku, to pokazuje, że przy okazji zatrważających fragmentów z równie zatrważającym carem Godunowem i tragedii dziejących się za jego panowania, można umieścić kilka zabawnych, pozwalających odkleić się na chwilę od wiodącego motywu, jakim w "Borysie Godunowie" jest bez wątpienia strach.
Strach, trwoga, okrucieństwo cara przeradzające się powoli w poczucie winy z powodu mordu na małoletnim następcy tronu; ale także przestraszony lud osłaniający się przed biczami carskich dowódców. Tego ze sceny wylewa się najwięcej, w pewnym momencie łapię się na tym, że sama zaczynam odczuwać pewnego rodzaju niepokój.
I chociaż spektakle w Operze Wrocławskiej dzielą się - jak w każdym teatrze - na lepsze i gorsze, to te Zawodzińskiego mogą być wyłącznie bardzo dobre lub dobre. Szkoda tylko, że tym razem nie zawalczył on o taki rodzaj dekoracji scenicznych, jaki przedstawił w listopadowych "Opowieściach Hoffmana". Przyznam, że nastawiłam się na kolejną scenograficzną eksplozję, podczas gdy oprawa przedstawienia była raczej oszczędna.
Na szczęście kostiumy cieszą oko. Tworzą na scenie rzeczywisty obraz carskiej Rosji - pełnej przepychu, wystawności; barwnych, ciężkich strojów, wykwintnych balów na Kremlu. I jej mniej radosnej strony - grubych, podniszczonych już kożuchów i wielkich futrzanych czapek albo chust naciągniętych aż po łuk brwiowy, jakie zaprezentowano już w prologu opery, który zresztą przyprawia o lekki niepokój. Jedna z ciekawiej rozegranych zbiorowych scen - rosyjska biedota przymierająca głodem na mrozie, popędzana przez rosyjskiego oficera, zmuszana do modlitwy i śpiewu na cześć Godunowa. Rosjanie w trwodze poddają się rozkazom, mają zrozpaczone miny, cierpią głód i mróz, z nieba wciąż pada śnieg, a oni błagają o litość. No i obraz staje się tym bardziej wiarygodny, kiedy tylko chór zaczyna śpiewać. Perfekcyjnie przygotowany, idealnie zgrany, spójny i bardzo głęboki. Jakkolwiek przedstawienie mogłoby się nie podobać, to soliści Opery Wrocławskiej, podobnie zresztą jak niezwyciężona orkiestra - nie pozwalają przejść obok siebie obojętnie. Tym razem wszyscy bez wyjątku pochwalili się doskonałymi głosami, dając dowód na to, że do opery przychodzi się właśnie po to, by posłuchać świetnej muzyki klasycznej i doskonałego śpiewu.
Tyle tylko, że "Borys Godunow" nie musi być ratowany przez solistów i muzyków - spektakl należy do udanych, może jest nawet jedną z najlepszych premier tego sezonu w Operze Wrocławskiej. Jest raczej statyczny, ale daleko mu do ospałego; sceny zmieniają się dość szybko, nie ma czasu na znudzenie.
Wspomniany prolog na dziedzińcu klasztoru w Moskwie przechodzi więc w mgnieniu oka w pierwszy akt - do przyklasztornej celi, gdzie Pimen, spisujący kronikę Rosji, wyznaje, że zna prawdę o śmierci młodego carewicza. W tym miejscu zaczyna się pogoń za prawdą i właściwa akcja sztuki. Za chwilę jednak znajdujemy się w karczmie, gdzie rozgrywa się radosna scena zabawy i ogólnej euforii, najbardziej dynamiczna spośród wszystkich w tej operze, swobodna i dość ciekawie odbijająca się na tle tych bardziej podniosłych i dramatycznych. Równie interesująco prezentuje się cały akt trzeci, w którym prym wiedzie Iryna Zhytynska ze swoim dźwięcznym, czystym mezzosopranem. Maryna Mniszchówna - piękna, ale bezwzględna Polka, którą nudzą opowieści o romantycznej miłości, żąda od ukochanego, by jako Dymitr Samozwaniec przejął tron Rosji.
Inteligentnie poprowadzona przez całą sztukę dramaturgia kończy się w chwili, gdy umiera Godunow - zrozpaczony, dźgany poczuciem winy, próbuje oczyścić swoje sumienie, konając przy swoim synu Fiodorze. Jego śmierć jest symbolicznym obrazem. Oddany mu Fiodor spoczywa na jego kolanach, podczas gdy w tle pojawia się postać zamordowanego Dymitra, stylizowanego na ukrzyżowanego Chrystusa. Kurtyna opada.
Zawodziński odnosi sukces, pokonuje patos i banalność, skupiając się raczej na sugestywnych scenach i wiarygodnych motywach. Nie chcąc się powtarzać, nie będę wspominała o wrażeniu estetycznym, jakie sprawia oprawa muzyczna "Borysa Godunowa", ale proponuję wybrać się na tę operę, nie tylko po to, by ją obejrzeć, ale przede wszystkim właśnie - posłuchać.
Karolina Obszyńska
Teatralia Wrocław
29 kwietnia 2010
Opera Wrocławska
Modest Musorgski
"Borys Godunow"
reżyseria i scenografia: Waldemar Zawodziński
dyrygent: Ewa Michnik
kostiumy: Małgorzata Słoniowska
choreografia i ruch sceniczny: Janina Niesobska
przygotowanie chóru: Anna Grabowska-Borys
asystent reżysera: Hanna Marasz
obsada:
Borys Godunow - Bogusław Szynalski, Ksenia - Iwona Rutkowska, Fiodor - Sebastian Kaniuk, Niania - Barbara Bagińska, Maryna Mniszchówna - Iryna Zhytynska, Kniaź Szujski - Aleksander Zuchowicz, Pimen - Damian Konieczek, Dymitr - Leonid Zakhozhaev, Karczmarka - Dorota Dutkowska, Warłaam - Piotr Nowacki, Misaił - Edward Kulczyk, Rangoni - Mariusz Godlewski, Jurodiwy - Zygmunt Magiera, Szczełkałow - Jacek Jaskuła, Mitiusza - Marcelo San Martin, Pristaw - Janusz Zawadzki, Bliżnij Bojarin - Łukasz Gaj
premiera polska: Lwów 1912 r.
premiera w Operze Wrocławskiej: 24 kwietnia 2010 r.