Co Stasiuk miał na myśli?
Najprawdopodobniej dokładnie to, co Studniak wyreżyserował, bo treść opowiadań ze zbioru "Mury Hebronu" została w przedstawieniu oddana dość precyzyjnie. Na początek, szybko i bezboleśnie, poddam ocenie tę muzyczno-teatralną wizję scenariusza: naturalizm, kontrowersja, prawda. 100 % sztuki.
Scenariusz stworzony na podstawie utworów Stasiuka ukazuje więzienną rzeczywistość od środka, dając widzom szansę na obejrzenie spektaklu niemalże z perspektywy więźnia. A dzieje się tak dlatego, że zwierzenia głównego bohatera, młodego, ulicznego łobuziaka, są na tyle intymne i osobiste, że trudno mu nie uwierzyć. Co więcej, sztuka wystawiona na małej scenie Capitolu daje możliwość obcowania ze sobą bardzo blisko, zaledwie dwa, trzy metry od centrum wydarzeń. Najważniejszego bohatera poznajemy w chwili, kiedy siedzi w bardzo ciasnej celi, sekunda po sekundzie zdając sobie sprawę z przemijającego czasu, milimetr po milimetrze obserwując przestrzeń, w której się znajduje. Od okna do okna, od drzwi do ściany, od ściany do okna. To wszystko. Tak mało i tak wiele. I choć w rzeczywistości jest to prawie nic, on konsekruje to jak najwyższą wartość, dlatego właśnie, że nic więcej nie ma. Nie ma też wyboru, jeśli chce przetrwać, bo warunki są nieludzkie i jedyne co można z nimi zrobić, to się przyzwyczaić. Każdy się przyzwyczaja. Myśl spektaklu jest dokładnie taka - człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego, nauczyć się tolerować nawet najczarniejszy scenariusz, a nawet w pełni go zaakceptować i przyjąć jako swój.
Bohater ma za to sporo czasu. "Na myślenie ma czas. Na spanie też ma czas." Wyśpiewuje to w sposób, którego nie da się później zapomnieć, dźwięki prześladują jeszcze długo po wyjściu z teatru. Monotonne, sylabiczne, rytmiczne; jak stukanie palcami o kraty. Czas na strach, na chodzenie, na oddychanie. Dużo mówi o czasie, bo ten w celi ciągnie się bezlitośnie. Wszystko wydłuża się w nieskończoność, mrugnięcie powieki jest jednym z ważniejszych wydarzeń dnia. Kiedy robi się ciemno, więzienie zasypia. Trudno się dobrze ułożyć, ciało przeszkadza w spaniu, w lewy bok wbija się metalowy pręt z koi, plecy nie mogą ułożyć się na zwiotczałym materacu, brzuch nie chce, żeby w niego wcierać resztki spermy z prześcieradła. Na bezsensowną walkę z własnym ciałem też jest czas. Na paranoiczne wyobrażenia, na myślenie o trupach zabierających koc. Może koc jest niepotrzebny, tak samo jak oczy i uszy, "wszystko jest niepotrzebne".
To oczywiste, że w więzieniu system wartości wywraca się do góry nogami. Każdy to wie i nie ma co w kółko powtarzać, jak więźniowie obcują z przemocą, absurdalnym zezwierzęceniem i jak w ogóle nie jest im łatwo. Nie jest, bo więzienie to nie wakacje. Ale mówienie to jedno, a pokazanie na scenie, w odległości trzech metrów od widza, pokazanie bardzo wyraźne i dosadne - to drugie. W klaustrofobicznej przestrzeni kilku metrów kwadratowych i trzaskających krat psychika człowieka ulega drastycznej transformacji. Więźniowie popadają w obsesję własnego istnienia, dokonują topografii swojego bycia tu i teraz. Bohater spektaklu chodzi w kółko, licząc kroki od jednego końca ściany do drugiego, bratając się z monotonią, uporządkowaną numerycznością. W tej przerażająco niezmieniającej się przestrzeni jest jakiś spokój, coś stałego, co pozwala poczuć się jak u siebie. Wszędzie jest jakiś system wartości. Wszędzie ludzie próbują sobie jakoś poradzić. Wszędzie chcą wprowadzić jakiś porządek. W chwili, gdy zostają bezlitośnie odseparowani od ułożonego, zwyczajnego świata; budują swój, po drugiej stronie krat, z własnymi zasadami. Z "jakimiś" zasadami. Nierzadko rewolucyjnymi, zupełnie odrębnymi od tych przyjętych w społecznym statusie na wolności. Więzienie przestaje być rodzajem odsiadki, kary za coś, co zrobiło się źle; staje się po prostu zwyczajnym życiem.
Chłopak opowiada o mimowolnym wsiąkaniu w społeczność więzienną. O rytualnej masturbacji, gdy zgasną światła; o gwałtach na innych więźniach, a nawet drastycznym i okrutnym akcie przemocy seksualnej na kotce. Mury więzienia ociekają męskim, nieuspokojonym libido, jak spocone ciała. Wobec tych opowieści widz staje się bezradny, może tylko poczuć się zniesmaczony albo przerażony. Studniak nie proponuje żadnych półśrodków. Każe słuchać przekleństw, oglądać brzydką nagość prawdy, bolesną rzeczywistość. W teatrze muzycznym oczywiście nie mogło zabraknąć muzyki - świetnej, idealnie skomponowanej, granej na żywo przez zespół teatru. A jeśli chodzi o obsadę - Agnieszki Oryńskiej można posłuchać tylko (albo aż) w wersji muzycznej - przeszywającej i dosadnej. Woubishet ma poza śpiewaniem jeszcze bardzo dużo do powiedzenia i jedyne, co może określić poziom jego gry aktorskiej, to wielkie: chapeau bas.
Spektakl nie ma zakończenia, bo w połowie monologu bohatera na widownię wkraczają mężczyźni przebrani za policjantów i wypraszają widzów z sali. Początek zresztą też jest dość niejasny, bo zaczyna się w holu, gdzie widzowie, jeśli tylko zechcą podnieść głowy i spojrzeć na telewizor - zobaczą film nagrywany na żywo ze sceny teatru - więźnia niespokojnie siedzącego w celi. Tak więc klamra kompozycyjna przedstawienia objawia się w tym, że w zasadzie jej nie ma. Capitol zazwyczaj dba o widzów i stara się ich zaskoczyć w taki lub inny sposób, także i tym razem się udało.
Ostatnie słowa chłopaka, jakie wydają się mieć znaczenie wobec całości przedstawienia: "wiem, że nic mnie już nie zdziwi". I mnie po obejrzeniu "Murów Hebronu" już chyba też.
Karolina Obszyńska
Teatralia Wrocław
29 kwietnia 2010
Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu
"Mury Hebronu"
scenariusz na podstawie powieści Andrzeja Stasiuka
oraz teksty piosenek: Jan Naturski
reżyseria: Cezary Studniak
muzyka: Rafał Karasiewicz
scenografia i kostiumy: Michał Hrisulidis
ruch: Jacek Gębura
obsada: Mikołaj Woubishet, Agnieszka Oryńska oraz Michał Wrotkowski i Mieczysław Wyszyński
zespół muzyczny:
Rafał Karasiewicz - kierownictwo muzyczne, instrumenty klawiszowe, Dariusz Kaliszuk - perkusja, Artur Lesicki - gitary, Tomasz Grabowy - gitary basowe.
Premiera na 31. Przeglądzie Piosenki Aktorskiej 23 marca 2010 r.