zwykła czcionka większa czcionka drukuj

Słodko-gorzki Szekspir

Czymże jest dramat Szekspira bez postaci na wpół z krwi i kości, a w części utkanych z nici fantazji? Czym byłby teatr stratfordzkiego pisarza, gdyby nie prawdziwe charaktery wplątane w intrygi nie do wyobrażenia? "Wszystko dobre, co się dobrze kończy" jest jednym z takich utworów, które dowodzą talentu ich autora. Wartka i zwinna fabuła godna jest znakomitego pokazania na scenie.

"Wszystko dobre, co się dobrze kończy" to miłosna intryga, której fabuły przybliżać nie trzeba. W sztuce, jak wiemy, zwycięża uczucie miłości, nieposkromione i prawdziwe, w walce z lekkomyślnymi miłostkami fircyka... Ale czy rzeczywiście jest to zwycięstwo prawdziwego uczucia miłości, to już wątpliwe. Jeśli się kocha naprawdę, powinno się pozwolić drugiemu odejść. Miłość związana jest z poświęceniem i być może wyrzeczeniem. U Szekspira jest inaczej: wygrywa uczucie anektujące, osaczające drugiego człowieka, egoistyczne w swoich podstawach. Mało tego, posłuszeństwo jest uzyskane intrygą i przymusem. Jest to więc gwałt na woli bohatera, tu - Bertrama. Czy na pewno wszystko dobre dobrze się kończy? Cóż, może Helena ma jednak rację, trzeba wypełniać obietnicę małżeńską, trzeba w tym związku żyć już do końca, bo takie są zasady. Morał ten, niczym z bajki, ale bajki dla dorosłych, wysnuwamy z przedstawienia Szekspira.

Reżyserka (Marianne Elliott) poszła tym tropem. Mogła skupić się na historii Heleny utkanej w przeciwności miłosne, przedstawione jako poważny problem egzystencjalny, a wyciągnęła ze sztuki to, co bajkowe. Postacie są wyposażone w kulturowo wykrystalizowane atrybuty baśniowe. Przedstawiła starego, szpakowatego króla (Oliver Ford Davies) z ogromną złotą koroną, w purpurze i gronostaju. Wdowa (Clare Higgins) była przemyślną kobietą w czerni, sługa (Michael Mears) spędzał większość czasu w pozycji na wpół zgiętej.

All's well that ends well NATIONAL THEATRE Londyn

"All's well that ends well"

Scenografia (Rae Smith) też przywoływała na myśl bajkowe królestwo. Jednak z początku napawała strachem. Królestwo to było mroczne, bez liści na drzewach, w przemykającymi cieniami pająków, wilków, sów, z brunatnymi chmurami przesuwającymi się po nieboskłonie. Cała ta aura grozy rozmywała się w lekkim i zabawnym przedstawieniu. Czy ten dysonans pomiędzy bajkowością postaci a scenografią był niekonsekwencją czy zabiegiem intencjonalnym? Czy nad królestwem wisiała jakaś mroczna tajemnica? Czy nad lekkoduchem Bertramem snuła się groźna zapowiedź końca jego kawalerskiego życia? A może mrok wiszący nad królestwem wyrażać miał stan ducha Heleny, protagonistki komedii? Cały nastrój przedstawienia potęgowała muzyka na żywo, wykonywana przez małą orkiestrę umiejscowioną po obu stronach sceny na balkonach.

Ciekawym zabiegiem scenicznym, wykorzystanym w spektaklu, było przerywanie toku wartkiej akcji. W kilku momentach, nagle, akcja zwalniała tempo (reżyser ruchu scenicznego - Laila Diallo). Drugoplanowe postaci poruszały się w zwolnionym tempie, reflektory skupiały się na bohaterze danej sceny, który wygłaszał monolog o swoich uczuciach. Zabieg iście filmowy, świetnie dopracowany technicznie. Dało to wrażenie polifoniczności czasu w sztuce, jakby główni bohaterowi kierowali się swoim odrębnym zegarem, a pozostałe postacie swoim. W spektaklu częste były również żarty sytuacyjne, których głównym obiektem był Parolles, postać żywcem wyjęta z antycznego mimu. Został zagrany przez genialnie przygotowanego aktora o dobrze rozwiniętym komicznym zmyśle - Conletha Hilla.

Przyznaję, że spektakl był bardzo prosty w odbiorze. Czy aby nie za prosty? Sztuka powinna zachęcać do rozwiązywania zagadek, odkrywania tajemnic, demaskowania znaczeń. Bez tego jest jedynie pustym popisem scenicznym, kompletnie bez duszy. Teatr to nie tylko środek zaspokajania naszych odczuć wizualnych, a ogólnie estetycznych. Ma uderzać w każdy zmysł, przez umysł do serca. Abyśmy my, widzowie, mogli przeżyć to obiecane przez antycznych mędrców katharsis.

Aleksandra Pyrkosz
Teatralia Kraków
17 kwietnia 2010

National Theatre w Londynie
William Shakespeare
"All's well that ends well"
reżyseria: Marianne Elliott
scenografia: Rae Smith
reżyseria świateł: Peter Mumford
muzyka: Adam Cork
reżyseria ruchu: Laila Diallo
reżyseria dźwięku: Ian Dickinson
obsada:
Rollison
Hrabina Rossillionu: Clare Higgins
Bertram: George Rainsford
Helena: Michelle Terry
Parolles: Conleth Hill
Rynaldo: Michael Mears
Lavatch: Brendan O'Hea
Paryż
Król Florencji: Oliver Ford Davies
Lord Lafew: Michael Thomas
Pierwszy Lord: Dimaine Elliot Levey
Drugi Lord Dumaine, jego brat: Tony Jayawardena
Pan Astringer: Jolyon Coy
Armia
Pierwszy żołnierz: Robert Hastie
Florencja
Wdowa: Janet Henfrey
Diana: Hasina Haque
Mariana: Sioned Jones
Violentia/Isbel/Maudin: Cassie Atkinson
Muzyka na żywo grana przez:
Marcus Tilt keyboard
Ingrid van Boheemen flet
Paul Cott róg
Philip Hopkins perkusja
Rowland Sutherland flet
Gemma Wareham wiolonczela
premiera: 28 maja 2009 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: redakcja@teatralia.com.pl | projekt i administracja strony: admin@teatralia.com.pl | projekt logo: jepe oyen