Piękne umieranie
Śmierci się boimy, raczej staramy się o niej nie myśleć, ale nie zawsze nam to wychodzi, czasem jednak jej pragniemy i na nią czekamy. Jest wielką niewiadomą, ponieważ nikt, kto jej doświadczył, nie może nam powiedzieć, jak jest "po drugiej stronie". Oprócz tego, że jest nieuchronna i nieprzewidywalna, czy może być jeszcze piękna? W wydaniu Pawła Kamzy jak najbardziej.
"Moja Molinezja" porusza niezwykle delikatny temat, mianowicie umieranie wraz z całym jego długim przebiegiem. A wszystko zaczyna się dosyć niewinnie, kiedy to bohaterka z Nowej Huty traci właśnie swoją ukochaną rybkę posiadającą wyjątkowy dar pochłaniania negatywnej energii. Ten z pozoru błahy fakt wywołuje szereg kolejnych, niezupełnie przyjemnych wydarzeń, ponieważ nic już nie jest takie jak dawniej. Zwykła wizyta listonosza i prośba o wróżbę kończy się przepowiednią o chorobie głównej bohaterki, a odwiedziny dawnego ukochanego przypominają tylko o niespełnionej miłości, która nie miała racji bytu. Ta część spektaklu jest dosyć beztroska, ale od momentu, gdy na scenę wkracza choroba, wszystko się zmienia. Obserwujemy poszczególne etapy umierania bohaterki, niejako towarzysząc jej do samego końca. Studium choroby jest bardzo szczegółowe, pokazuje pierwszą wizytę w szpitalu, leczenie nieprzynoszące żadnej poprawy, powrót do domu, opiekę najbliższych. Bohaterka stopniowo traci siły, staje się zależna od męża i jego brata, pod koniec spektaklu nie może już chodzić o własnych siłach.
Patrząc na to całe cierpienie, zastanawiamy się, jaki sens ma pokazywanie go na scenie. Ale równie dobrze możemy zapytać, jaki sens ma cierpienie w ogóle. Większość powie, że żadnego, co nie zmienia faktu, że istnieje, jest blisko i może właśnie czai się na nas. To, że nie myślimy o nim na co dzień, nie oznacza, iż nie dotyczy nas lub kogoś z rodziny. Umieranie z pewnością jest tematem wstydliwym, związanym jak najbardziej z cielesnością, słabością człowieka powoli opadającego z sił, ale skoro jest to sprawa tak bardzo ludzka, dlaczego tak rzadko mówi się o niej w teatrze? Otóż dlatego, że niełatwo poruszać ten temat, nie popadając w banał. Tym razem jednak reżyserowi udało się w sposób niesamowicie kameralny, dosłowny, a jednocześnie oniryczny opowiedzieć historię jednej śmierci. Ogromna w tym zasługa aktorów, szczególne brawa należą się odtwórczyni głównej roli, która gra tak przejmująco, że łzy pojawiają się w oczach.
Poza trudną tematyką spektakl jest też prawdziwą ucztą dla oka, głównie z powodu intrygującej gry świateł oraz dzięki podziałowi sceny na część bliższą i dalszą widzowi. W tle rozgrywają się sceny wizyjne, w których drobne sylwetki aktorów kontrastują z ogromną, pustą niemalże przestrzenią, budowaną właśnie za pomocą świateł. Bardzo plastycznie prezentuje się również ostatnia scena wyglądająca jak wielki obraz pozbawiony ramy. Zachwycająca jest warstwa muzyczna, na którą składa się muzyka instrumentalna i pieśni o ludowym charakterze wykonywane na żywo, które wraz ze scenografią i światłem budują niezwykle kameralną atmosferę. Przejmujący śpiew Joanny Słowińskiej podkreśla przeżycia bohaterki i idealnie wpasowuje się w klimat. Wszystkie te elementy tworzą razem niezapomniany i poruszający spektakl.
Martyna Lechman
Teatralia Kraków
9 kwietnia 2010
Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie
"Moja Molinezja"
scenariusz: Paweł Kamza
reżyseria: Paweł Kamza
scenografia: Małgorzata Szydłowska
reżyseria światła: Małgorzata Szydłowska
muzyka na żywo: Joanna Słowińska, Jan Słowiński, Paweł Moszumański
reżyseria ruchu: Iwona Olszowska
obsada: Mateusz Janicki, Tomasz Radawiec, Tadeusz Ratuszniak, Olga Szostak, Edyta Torhan
premiera: 6 listopada 2009 r.