Garbaczewski zagadałby diabła
Spektakl można zaśpiewać, przetańczyć albo wypchać po brzegi dynamiczną akcją, scenicznym 'dzianiem się'. Można go podrasować scenografią, choreografią i przyciągnąć wzrok odbiorcy tak, by nie chciał wychodzić z sali jeszcze bardzo długo po zakończeniu. Albo można też widza wyrzucić z teatru w połowie sztuki. Wystarczy przegadać ją całą i przydługimi monologami pożegnać połowę widowni już po pierwszej części.
"Biesy" Garbaczewskiego trwają trzy godziny. W połowie można odetchnąć, wyjść z dusznej sali i wyprostować plecy po męczarniach na niewygodnym krześle. Znaczna część widzów na drugą połowę nie chce już jednak wracać. Spektakl nie zaciekawił ich na tyle, by zechcieli do końca obejrzeć to, za co zapłacili.
Zaczyna się od debaty politycznej, której uczestnicy nawiązują nikły kontakt z widownią. Ta próba interakcji przechodzi potem już tylko w mało dynamiczną grę aktorów, skupioną głównie na mówieniu lub krzyczeniu. I tak już do końca.
Aktorzy podzielili się tym razem na: jak zwykle dobrych, nietypowo beznadziejnych i absolutnie fenomenalnych. Na przystawkę ten zdecydowanie najlepszy - Marcin Czarnik w roli Wierchowieńskiego. Idealny w każdym milimetrze postaci, którą gra. Perfekcyjny w gestach, intonacji, zabawnych, pseudozaczepnych odzywkach, stylizowanych nieco na gadkę cwanego ćwierćinteligenta spod bloku. Dynamiczny, przykuwający uwagę i bezbłędny. Dokładnie tak Dostojewski musiał wyobrażać sobie tę postać. Jako nieco zbyt ruchliwego błazna, który w swej udawanej nieroztropności, okazuje się być najbardziej przebiegłym spośród reszty bohaterów.
Niestety gorzej trafiono z obsadzeniem Warnke w roli Stawrogina. Nie twierdzę, że dla każdej innej kobiety odegranie mężczyzny byłoby proste. Twierdzę jedynie, że to jest wykonalne, a Warnke się nie sprawdziła. Była za mało gwałtowna i zdecydowana, a do tego nienaturalna. Niewiele więcej dobrego można powiedzieć o jej za długim, jednostajnym monologu, w którym dramaturgia kończy się i zaczyna wyłącznie na słowach Dostojewskiego i to jemu należą się podziękowania - za sprawnie ujętą myśl o spaczonym umyśle dorosłego mężczyzny i jego ułomnych pragnieniach gwałtu na jedenastoletniej Matrioszce. Natomiast sposób, w jaki ta treść zostaje przekazana, jest co najmniej niesatysfakcjonujący. A właściwie to zupełnie nietrafiony. Warnke obdziera go z jakiejkolwiek dramaturgii, koncentruje się na pośpiesznym wyrzucaniu z siebie słów - ni to rozpaczy, ni to zakłopotania. I choć próba oddania takich właśnie uczuć nie jest kompletną pomyłką, to aktorka po prostu nie przekonuje.
Dialogi w tym spektaklu zdecydowanie biorą górę nad monologami. Są ciekawie poprowadzone i nie nużą tak, jak dzieje się to w przypadku tych drugich. Na przykład rozmowa Marii ze Stawroginem - tutaj błyskotliwie przez Skibińską przemycony pierwiastek upadłej kobiety, wiernej i oddanej, która przez lata oszukiwana, nagle podnosi się z kolan i przeciwstawia władczemu mężowi. Podobnie należy docenić dialog Wierchowieńskiego z Kiryłłowem, który namawiany przez tego pierwszego, próbuje popełnić samobójstwo. Ich burzliwa polemika jest skondensowaną księgą aforyzmów Dostojewskiego, a do tego smutną wizją świata i ludzi jako nieszczęśliwych i tchórzliwych, z inklinacją do samobójstwa, ale zbyt podłych, by pozwolić sobie odebrać cokolwiek, w tym przypadku - życie. Wierchowieński, który występuje raczej w roli diabła, jest w tej rozmowie paradoksalnie ułożony i potulny, oświetlony białą, niebiańską poświatą. Z kolei Kiryłłowa, ucharakteryzowanego na Chrystusa, postawiono na tle czerwonego, przydymionego światła. Ciekawie zresztą wykorzystano biały ekran, na którym cienie postaci grają zupełnie osobne role. Na jego tle oglądamy trochę inny spektakl i to szczęśliwie pozwala na chwilę oderwać słuch od dudniących wciąż w uszach skomplikowanych tekstów.
Myśl przewodnia zdaje się nie różnić się od tej, którą podaje Dostojewski. Dużo mówi się o śmierci i ambiwalentnym do niej stosunku - z jednej strony świadomość nakazuje się jej bać, ale z kolei podświadomość z jakiegoś powodu silnie do niej lgnie. Pytanie tylko, czy nie dałoby się tej myśli oddać w czasie krótszym niż trzy godziny. Takie igranie z cierpliwością widza to dość ryzykowny eksperyment, tym bardziej, że trudno się przez cały ten czas skupiać wyłącznie na słowach, jeśli na scenie niewiele więcej się dzieje. Garbaczewski w ten sposób mógłby zagadać nawet diabła. Na śmierć.
Dobrze, że jest muzyka. Delikatna, wysublimowana, chwilę później już nieco bardziej zdecydowana. Kwartet smyczkowy spisuje się na medal, czego niestety nie można powiedzieć ani o reżyserze, ani o niektórych aktorach.
Na koniec głos w sprawach technicznych. Scena na Świebodzkim dysponuje chyba tylko jednym mikrofonem przenośnym. Aktorzy wymieniali się nim przez pierwsze 15 minut spektaklu, a później go gdzieś zgubili i niewiele było słychać z tego, co mówią. Wyglądało to komicznie i było zadziwiająco nieprofesjonalne.
Czekamy na kolejne premiery Teatru Polskiego. Jak dotąd "Biesy" są jedynym przedstawieniem, które nie jest w każdym calu doskonałe. Niech będzie, że tym razem to była sprawka jakiejś diabelskiej złośliwości.
Karolina Obszyńska
Teatralia Wrocław
24 czerwca 2010
Teatr Polski we Wrocławiu
Fiodor Dostojewski
"Biesy"
przekład: Zbigniew Podgórzec
adaptacja, reżyseria i scenografia: Krzysztof Garbaczewski
kostiumy: Marek Adamski
reżyseria światła i wideo: Wojciech Puś
live wideo: Bartosz Nalazek
muzyka: Jan Duszyński
choreografia: Tomasz Wygoda
obsada:
Wierchowieński - Marcin Czarnik
Stiepan; Szygalew - Dariusz Maj
Barbara; Wirgiński - Halina
Stawrogin - Katarzyna Warnke
Liputin; Lebiadkin; Fiedka - Jakub Giel
Liza; Lamszyn - Marta Zięba
Maria T; Tichon; Matriosza - Ewa Skibińska
Dasza; Maria Szatow - Paulina Chapko
Szatow - Rafał Kronenberg
Kiriłłow - Adam Szczyszczaj
Maurycy Nikołajewicz; X - Błażej Michalski
oraz kwartet smyczkowy:
skrzypce 1 - Jacek Ropski
skrzypce 2 - Aleksandra Pawłowska
wiolonczela 1 - Jacek Francuz
wiolonczela 2 - Katarzyna Wrona
premiera: 17 czerwca 2010 r.