Jak sprzedać schizofrenię w operze?
Ewelina Pietrowiak zastanawia się nad naturą ludzkiego umysłu i w formie opery zadaje pytanie: do jakiego stopnia jesteśmy w stanie zapanować nad naszym umysłem, czy mamy nad nim całkowitą przewagę? Czy to może on raczej w pełni panuje nad nami? I odpowiedź skłania się raczej ku temu drugiemu, a przynajmniej taką wizję przedstawia "Matka czarnoskrzydłych snów" wystawiona w Operze Wrocławskiej w ramach festiwalu "Musica Polonica Nova". Sztuka o schizofrenicznych zachowaniach młodej kobiety, uwikłanej w sztucznie wytworzoną rzeczywistość.
Na początek zaskakuje scenografia, której spodziewałabym się raczej w teatrze współczesnym niż w operze. Prosta, ale wymowna. Nieco zimna. Biała płyta o kształcie domu - łazienka, łóżko, stół i płotek. Później do myślenia dają pierwsze zachowania aktorów. Dość minimalistyczne, enigmatyczne. Kobiety ustawione w rządku patrzą przed siebie z otwartymi na oścież oczyma, poruszając rękami w rytm muzyki. Jeszcze nie śpiewają, nie mówią, w zasadzie nie wyglądają nawet na przytomne, mimo że jednak się poruszają. Są odrealnione i sprawiają wrażenie 'wklejonych' na scenę. Ten stan lekkiego otępienia całkowicie dezinformuje już na wstępie. Kto by się spodziewał takiego gwałtownego odejścia od tradycyjnej, pompatycznej opery na rzecz skąpego wrażenia wizualnego, nieewokującego raczej nic ponad to, co zostaje pokazane?
Spektakl jest zaskoczeniem, i to chyba jest w nim najciekawsze. To znaczy - zaskoczeniem, jeśli chodzi o element repertuaru opery, biorąc jednak pod uwagę tematykę festiwalu, nic dziwić nie powinno. A jednak obejrzenie tego przedstawienia na tej akurat scenie, w połączeniu z jak zwykle fenomenalną muzyką w wykonaniu orkiestry Opery Wrocławskiej, było ciekawym doświadczeniem. Jeśli chodzi o premiery 2010 roku - może nawet niezbędnym.
Co do muzyki właśnie - jak zwykle piękna, tym razem nieco drażniąca, złowróżbna, ale wciąż przy tym bardzo harmonijna i efektowna. Współcześnie oryginalna, ekspresywna i - powiedziałabym nawet - obrazująca. Przy zamkniętych oczach można byłoby sobie bardzo wiele wyobrazić.
Ten - dość odważny jak na operę - temat, okazał się sprawdzony. Żadnych walk o tron, heroicznej śmierci; wielkich, patetycznych miłości czy zranionych serc. Głównym bohaterem jest chory umysł, który świadomość, dorosłej już Clary, cofa do natury małej dziewczynki, bezbronnej i przestraszonej; cierpiącej na rozdwojenie jaźni, walczącej z lękiem przed wytworami własnej psychiki.
Bohaterka spektaklu jest uwikłana w bardzo uciążliwe sieci swoich wyobrażeń. Uczucia, które władają jej umysłem, to przede wszystkim niekontrolowany strach. Kobieta biega po domu, zawodząc i łkając, śpiewa czystym sopranem dość psychodeliczne arie; szuka swoich dłoni, którymi - jak twierdzi - zatkała zlew. Cierpi na rozszczepienie osobowościowe, poza nią na scenie znajduje się jeszcze kilka innych kobiet, wszystkie się czegoś boją i uciekają, podczas gdy - każda jest nią samą. Jedna z najbardziej przerażających scen, choć z pozoru wyglądająca na bardzo niewinną - przestraszona Clara, ucieka przed kobietą, która chce ją zjeść. Aria jest muzycznie bardziej figlarna niż zatrważająca, i właśnie ta okrutna przewrotność nastroju wobec sytuacji, w jakiej znajduje się dziewczyna, wydaje się być najtragiczniejsza.
Wraz z Mariuszem Godlewskim na scenie pojawia się panika. Kobiety uciekają w popłochu, krzycząc, że ten, który nadchodzi 'zjawia się, by patrzeć na ich konanie'. Mężczyzna z głową kruka uwodzi kolejne wcielenia Clary w ślubnych sukniach. Nie wiadomo, co dzieje się naprawdę, co w głowie dziewczyny, a co już tylko w wyobraźni widza.
Trochę trudno ogląda się sztukę, gdy w zasadzie brakuje fabuły, ale przy tym wcale nie traci ona na dramaturgii. Tej może jest nawet nieco ponad normę. Żałosne nawoływania i obłąkańcze pojękiwania wprowadzają atmosferę psychodelicznej walki z jakąś nieokreśloną, potężną siłą nadprzyrodzoną. Kobieta wijąca się na leżaku i wołająca do wyimaginowanych, otaczających ją pająków i pajęczyn, to obraz niepokojącej psychomachii. Ale spektakl ma właściwie dwa podłoża. Cała ta groza i trwoga, które oglądamy na scenie, nie dzieją się naprawdę, i to nie dzieją się naprawdę nawet w spektaklu, bo rozgrywają się tylko w głowie bohaterki.
Jesteśmy w labiryncie, wcale nie mniej zawiłym niż bohaterka opery. Rozstrzygamy problemy jej umysłu, bo przedstawienie jest tak wyreżyserowane, że każe się zastanawiać. Skłania do intelektualnych wyzwań, cieszy oko wymowną, nieprzytłaczającą scenografią i porywa fenomenalnymi głosami solistów. Interesującym tłem dla bałaganu w głowie Clary są slajdy - stare, czarno-białe fotografie szczęśliwej rodziny, małej dziewczynki z rowerkiem i nieco starszej już nastolatki o głębokim spojrzeniu - rzucone bezwiednie na scenę, bez użycia ekranu, pokładające się na rogach i zagięciach sceny, rekwizytach i twarzach solistów.
Słowem - naprawdę świetna opera. Choć w zasadzie jedyne, co jest w niej operowego, to arie. Reszta, od scenografii po tematykę spektaklu, byłaby tu raczej domeną teatru dramatycznego. Jeśli ktoś nie jest fanem psychodelicznych uwikłań, płaczliwych arii albo skomplikowanie ujętych dialogów, niech obejrzy "Matkę czarnoskrzydłych snów", choćby po to, żeby zobaczyć końcową scenę i jedną z aktorek ubraną w satynową, czerwoną sukienkę. Wygląda i zachowuje się absolutnie porywająco.
Karolina Obszyńska
Teatralia Wrocław
23 czerwca 2010
Opera Wrocławska
Hanna Kulenty
"Matka czarnoskrzydłych snów"
libretto: Paul Goodman
kierownictwo muzyczne: Wojciech Michniewski
reżyseria i dekoracje: Ewelina Pietrowiak
kostiumy: Małgorzata Słoniowska
tłumaczenie libretta: Paweł Marzec
obsada:
Clara - Marta Wyłomańska
Click (A) - Małgorzata Węgrzyn-Krzyżosiak
Click (B) - Agata Skowrońska
Scissors (A) - Dorota Dutkowska
Scissors (B) - Katarzyna Baraniecka
Woodraven - Mariusz Godlewski
prapremiera: 9 XII 1996 r., Monachium.
polskie prawykonanie: 15 maja 2010 r.