Zabijamy w imię życia
Paradoks? Ale prawdziwy! Niestety... Dowód nad powyższą tezą przeprowadzono w Teatrze Powszechnym w Radomiu. Zadania podjął się Jarosław Rabenda w roli Strażnika oraz debiutującego reżysera sztuki mianowanej jako "Ostatnia noc Sokratesa". Pozornie zrozumiałe stwierdzenie stało się nie tylko znakomitym pretekstem do interesującej dyskusji dotyczącej złożoności ludzkiej natury, lecz przede wszystkim prowokacją mającą na celu zmylenie, "uśpienie" i ostateczne "pokonanie"... odbiorcy.
Godnym przeciwnikiem Jarosława Rabendy okazał się Włodzimierz Mancewicz w roli tytułowego filozofa. Nie wydaje się on zdradzać - bynajmniej wyglądem czy zachowaniem - swojego stanowiska, chyba że pod uwagę weźmiemy jego sposób prowadzenia rozmowy, nad którym niejeden widz z pewnością musiał choć trochę wytężyć "szare komórki". Trzeba bowiem przyznać, że niektóre stwierdzenia zmuszały do dłuższego zastanowienia. Jak się okazało już na początku - spektakl nie należał do gatunku "lekkie, łatwe i przyjemne". Tym razem nie wystarczyło po prostu być. Wykreowana postać sprawia wrażenie pewnego rodzaju "zagubionej" inteligencji. Zamierzona-niezamierzona nieporadność starszego człowieka zestawiona z wysokim poziomem jego - bądź co bądź - skomplikowanych rozważań okazuje się "strzałem w dziesiątkę". Widz przyzwyczajony do typowego związku przyczynowo-skutkowego w różnego rodzaju historiach, w tym przypadku zostaje sprowokowany do myślenia.
Budowa sztuki opiera się na rozmowie filozofa ze Strażnikiem w nocy przed wykonaniem śmiertelnego wyroku, którego tytułowy bohater nie traktuje jako kary w dosłownym tego słowa znaczeniu. Można dostrzec, że wyraża on swoje pretensje, przewrotnie ukazujące jego moralne zwycięstwo, twierdzi bowiem że "na siłę czynią go sławnym, skazując go na śmierć". Wymiana zdań staje się "potyczką słowną" Sokratesa z - wydawać by się mogło - nieustępującym mu w błyskotliwości skojarzeń Strażnikiem. Dyskusja "nabiera rumieńców" w momencie wtargnięcia na scenę przedsiębiorczej Ksantypy, która jako żona więźnia gotowa jest na wszystko, aby ocalić mu życie. Niekoniecznie zaskakująca okazuje się reakcja dumnego męża, który w myśl słów: "człowiek podszyty tchórzem przestaje być człowiekiem" postanawia jednak nie skorzystać z "poświęcenia" Ksantypy i poddać się karze. Sytuacja staje się coraz bardziej paradoksalna, kiedy obaj mężczyźni zaczynają ze sobą konkurować nie tylko o kobiece względy, lecz też miejsce w celi. Obszar zniewolenia jest jedyną przestrzenią, w której koncentruje się akcja. Scenarzysta dokonał jej podziału misternie wykonanymi metalowymi przęsłami, od których aktorzy (z wiadomych przyczyn) wręcz nie mogą się "oderwać".
W wyścigu po laur zwycięstwa wyraźnie przejmuje prowadzenie postać "grana" przez Rabendę, niczym "klawisz" odpowiadający na każde uderzenie konkretnym oddźwiękiem, który może niekiedy fałszywie zabrzmieć. W szerszym jednak kontekście niemiły dla ucha dźwięk okazuje się niezmienną prawdą o człowieku, jego nieustannym dążeniu do szczęścia w przeróżnych jego znaczeniach. Co dla jednego jest tragedią, dla innego może być korzyścią. Nie bez powodu często mówi się o budowaniu własnego szczęścia na cudzej krzywdzie. Obaj zgodnie dochodzą do wniosku, że u źródeł realizacji naszych marzeń leży zło, ponieważ "człowiek zanim poleciał, wynalazł strzałę". Perspektywa przyszłości nie wydaje się lepsza, bo co nas czeka, jeżeli "zbędna okaże się filozofia, poezja i sztuka"?
Diana Tomaszewska
Teatralia Radom
8 czerwca 2010
Teatr Powszechny im. Jana Kochanowskiego w Radomiu
Stefan Canew
"Ostatnia noc Sokratesa"
("Poslednata noszt na Sokrat")
przekład: Liliana Bardijewska
reżyseria i opracowanie muzyczne: Jarosław Rabenda
scenografia: Bożena Kostrzewska
kostiumy: Klara Kostrzewska
obsada: Joanna Jędrzejek, Włodzimierz Mancewicz, Jarosław Rabenda
premiera: 4 stycznia 2010 r.