„Archetyp ciemności w człowieku, który musi czasem zasnuć nasze piękne niebo” (Balladyna)

„Archetyp ciemności w człowieku, który musi czasem zasnuć nasze piękne niebo” (Balladyna)

Legendarny król Popiel, natchniony Filon rodem z sielanki, wróżka Goplana i jej psotliwe chochliki, przystojny królewicz w karocy i piękne, ale biedne dziewczyny ze wsi, poza tym wątek kryminalny, kwestie społeczno-polityczne, estetyka ludowa. Tak różnorodne, niekiedy sprzeczne ze sobą elementy zbiera Słowacki i tworzy z nich Balladynę. Sylwiczność romantycznego tekstu zainspirowała Jacka Bałę do stworzenia jego współczesnej adaptacji na deskach Teatru Miejskiego w Gdyni.

Reżyser nie poprzestaje na ukazaniu na scenie baśniowych postaci i wprowadzeniu estetyki odsyłającej do szekspirowskiego oniryzmu. Odnawia anachroniczne dziś chwyty zastosowane przez Słowackiego i przekłada je na język współczesności. Jego Balladyna jest przepełniona złem, zazdrością i zdradą, ale też komercją i kiczem.

Ten kicz momentami irytuje i kaleczy to, co zwykle nazywa się dobrym smakiem. Reżyser podkreśla, że zabieg ten został zastosowany z pełną świadomością– miał ukazać problem „gadżeciarstwa”, z jakim mamy do czynienia we współczesnym świecie. Tych „gadżetów” faktycznie jest w spektaklu dużo: wózek z supermarketu, plastikowa korona, realnej wielkości BMW wjeżdżające na scenę (niczym motor Honda, na którym jeździła Goplana w słynnej Hanuszkiewiczowskiej realizacji Balladyny), wielka sztuczna broda Popiela, długie poskręcane jaskrawe włosy Goplany. Scenografia i rekwizyty krzyczą, jakby na siłę starając się skupić na sobie uwagę widza.

To samo dotyczy gry aktorów. Grzegorz Wolf w roli Grabca balansuje na granicy dobrej gry i kiczu. Momentami gra świetnie, innym razem – zwłaszcza gdy zostaje przemieniany w drzewo albo potraktowany magicznymi mocami Goplany – groteskowo wyolbrzymia każdy gest. Z kolei zmanierowana, sztuczna, aż przesadzona gra Szymona Sędrowskiego sprawia, że zamiast dobrego, prawego i walecznego Kirkora widzimy cukierkowego księcia z bajki, który jest głupkowaty, szablonowy, przewidywalny. Zarówno scenografia, rekwizyty, jak i gra aktorska wpisują się w obraną przez reżysera konwencję kiczu. Jest to zrobione poprawnie, w sposób spójny i zrozumiały, ale momentami wywołuje niesmak i poczucie, że oto teatr – w przeciwieństwie do ambitnej wizji Grotowskiego – stał się miejscem dla widza masowego, skomercjalizowanego.

Wcielająca się w tytułową bohaterkę Agnieszka Bała, choć z początku mało wyrazista, wraz z rozwojem akcji, wypada coraz lepiej. Jej gra pokazuje, jaką metamorfozę przechodzi Balladyna. W pierwszych scenach jest zwykłą – trochę leniwą i buntowniczą – dziewczyną, później, po dokonaniu mordu, przeistacza się w demoniczną Lady Makbet. Nie ma już żadnych skrupułów, by wyrzec się własnej matki i z zimną krwią patrzeć na jej śmierć. Gra Bały staje się bardziej ekspresyjna i wyrazista, w miarę jak Balladyna przechodzi kolejne etapy przemiany, by wreszcie dojść do apogeum zła.

Agata Moszumańska, znana z takich ról jak choćby Kolombina w Awanturach weneckich czy Venticelli Dolce w Amadeuszu, jako Alina w Balladynie wypada jeśli nie słabo, to przynajmniej miernie. Zbyt mało wyraźna gra w początkowych scenach spektaklu sprawia, że postać wydaje się bezbarwna, nijaka. Twórcy spektaklu podkreślają, że chcieli ukazać dwie podobne do siebie dziewczyny, zwrócić uwagę na to, że przypadek rządzi losem, a morderczynią mogłaby zostać równie dobrze Alina. Zamysł twórców nie do końca został osiągnięty. W spektaklu Balladyna znacznie różni się od siostry. Jest do głębi zła, ma a w oku jakiś diaboliczny błysk. A jednocześnie Alina nie jest jej całkowitym przeciwieństwem. Nie jest dobra, łagodna i wzbudzająca współczucie. Została ukazana jako efemeryczna, nijaka postać. Co ciekawe, gra Moszumańskiej nabiera charakteru dopiero po śmierci bohaterki, w którą się wciela. Zamordowana Alina nie znika bowiem ze sceny, ale pojawia się co jakiś czas, snując się po dalszych planach, nie daje spokoju swej morderczyni. Sprawia to, że całość staje się wizją oniryczną, balansującą między rzeczywistością jawy i snu, między tym, co realne, a nieprawdopodobne, magiczne.

Niemniej jednak to Balladyna skupia na sobie uwagę przez większą część spektaklu i znajduje się w jego centrum. Po scenie zabójstwa wychodzi – w czarnej obcisłej lateksowej bluzce, poszerzanych spodniach i nowej fryzurze albo wjeżdża na scenę w wannie z mikrofonem i zaczyna śpiewać – czy raczej rapować.

Nie tyko Balladyna śpiewa. Z mikrofonem w ręce można ujrzeć także – między innymi – nieocenionego Piotra Michalskiego, który rewelacyjnie wciela się w rolę Von Kostryna. Jest to silny, przepełniony złem, ale zdający sobie dobrze sprawę z tego, czego chce mężczyzna – jedyny, przy którym Balladyna może na chwilę zatrzymać się i oprzeć głowę na jego stabilnym ramieniu. Śpiewa też Goplana (Monika Babicka) i jej chochliki – świetni: Maciej Sykała i Marta Kadłub, których trudno dojrzeć pod fantazyjnym makijażem i ekscentrycznym kostiumem. Dariusza Szymaniaka też niełatwo rozpoznać. W roli Popiela staje się zdziwaczałym starcem z burzliwą czupryną i długą brodą. Jego gra jest tak naturalna i pełna ekspresji, że jedynie głos przypomina, kto kryje się pod postacią wygnanego króla.

Gra aktorska ściśle łączy się w tym spektaklu z wizją reżyserską. BalladynaBały, choć łączy w sobie tyle rozmaitych konwencji, przedstawia spójną wizję rzeczywistości. Jest to świat przepełniony kiczem, komercją, sztucznością, w którym nie ma miejsca na miłość wolną od zdrady i nienawiści.

Reżyser przyznaje, że przygotował adaptację Balladyny ze względu na wewnętrzną potrzebę zmierzenia się z romantyzmem polskim. Dla niego dramat Słowackiego „jest archetypem ciemności w człowieku, która musi czasem zasnuć nasze piękne niebo”. W jego rozumieniu sztuka ta mówi o jednostce, która jest zaślepiona, nie zważa na otoczenie. W spektaklu jest taki moment, w którym Balladyna mówi, że będzie żyć tak, jakby nie było Boga – bez zasad, bez ludzi. W wersji Bały Balladyna łączy ze sobą smutek, tragizm i – niekiedy pusty – śmiech. Reżyser powołuje się na Kantora, który w tekście Słowackiego widział zaczątki groteski i mówi, że „zależało mu na tym, by stworzyć rodzaj czarnej komedii”. Chciał osiągnąć ten efekt przez wprowadzenie estetyki kiczu, którą przesiąknięty jest cały spektakl. Niekiedy może wzbudzać to rozdrażenienie i irytację, którym towarzyszy wewnętrzna ukryta chęć, by tego kiczu było jednak trochę mniej.

Balbina Hoppe, Teatralia Trójmiasto

Magazyn Internetowy „Teatralia”, numer  198/2017

Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni

Balladyna

reżyseria, muzyka, światło: Jacek Bała
scenografia i kostiumy: Karolina Mazur

obsada: Dariusz Szymaniak, Agata Moszumańska, Agnieszka Bała, Szymon Sędrowski, Rafał Kowal, Monika Babicka, Maciej Sykała, Marta Kadłub, Grzegorz Wolf, Piotr Michalski, Maciej Wizner, Mariusz Żarnecki, Beata Buczek–Żarnecka, Leon Krzycki, Elżbieta Mrozińska Małgorzata Talarczyk, Olga Barbara Długońska, Bogdan Smagacki .

premiera: 25 marca2017

fot. Roman Jocher

Balbina Hoppe – rocznik 1994. Studentka filologii polskiej i teatrologii na UG. Uwielbia literaturę, sztukę i teatr. Często bywa w trójmiejskich teatrach w roli widza, ale niekiedy staje też po drugiej stronie, za kulisami, i sama próbuje tworzyć spektakle – w sposób studencki, amatorski, ale pełen pasji i zamiłowania.