Ambasador męskiej wrażliwości (Wywiad z Marcinem Januszkiewiczem)

Ambasador męskiej wrażliwości (Wywiad z Marcinem Januszkiewiczem)

Jednym z wydarzeń, które na tegorocznym Przeglądzie Piosenki Aktorskiej cieszyły się największym powiedzeniem był koncert Marcina Januszkiewicza Osiecka po męsku. Widzowie spragnieni głosu laureata ubiegłorocznego Grand Prix wymogli na organizatorach festiwalu aż trzy pokazy. Piosenki Agnieszki Osieckiej w nowych, odważnych interpretacjach zostały wydane również na debiutanckiej płycie tego artysty. Przy okazji wrocławskich koncertów rozmawiamy z Marcinem Januszkiewiczem o kulisach pracy nad utworami poetki i o męskiej stronie jej tekstów.

Katarzyna Mikołajewska: Jak się Osiecką śpiewa z orzełkiem na piersi?

Marcin Januszkiewicz: Dumnie.

K.M: Tak jak hymn na zeszłorocznym finale Konkursu Aktorskiej Interpretacji Piosenki?

M.J.:Hymn się śpiewało gorzko – tak to dziś pamiętam i tak to wtedy czułem.

K.M: A zastanawiałeś się po wygranej, czy bardziej hymnem, czy Osiecką zaskarbiłeś sobie serca jurorów?

M.J.: Myślę, że hymnem zaskoczyłem, ale jeśli miałbym obstawiać, to wygrałem raczej Osiecką. Ale chyba też tylko takie połączenie mogło dać zwycięski rezultat.

K.M: Projekt Osiecka po męsku powstawał nieco inaczej niż to zazwyczaj bywa – najpierw były koncerty, a dopiero potem płyta. Piosenki, które na niej zebrałeś śpiewasz już od jakiegoś czasu. Czy te utwory przez lata ewoluują razem z tobą?

M.J.: Wersje, które ostatecznie znalazły się na płycie zostały trochę przearanżowane tuż przed rejestracją koncertu w Trójce. Wtedy troszeczkę odświeżyliśmy aranżacje. Natomiast za każdym razem na żywo gramy utwory inaczej. Oscylujemy tylko wokół jakiegoś ogólnego założenia. Nie ma dwóch takich samych koncertów i za każdym razem dzieje się coś innego. To jest zawsze nasza mała premiera, ale też improwizacja w obrębie pewnych założeń…

K.M: Żeby zespół nie zgłupiał…

M.J.: Albo też żeby widowni nie wyprowadzić na manowce. Celujemy przecież zawsze tak, aby nasza twórczość dotarła do słuchaczy, bo to oni są najważniejsi.

K.M: We Wrocławiu raczej nie musisz narzekać na brak przychylności widowni. Aż trzy koncerty w repertuarze Przeglądu Piosenki Aktorskiej to chyba wydarzenie bez precedensu.

M.J.: Tak, to jest coś. Dwa koncerty z rzędu trudno nawet do czegoś porównać. To trochę jakby dwa razy wypłakać się przyjacielowi w ramię. Człowiek wyzbywa się emocji, a za chwilę musi do nich wracać.

K.M: Sam wspominasz podczas koncertu, że z utworu na utwór robi się coraz smutniej i poważniej.

M.J.: Tak jest ułożony program, że od pozytywu i słońca dochodzimy do smutnych treści i refleksyjnego przesłania.

K.M: I nie wstyd ci zostawiać widzów w tak smutnym nastroju?

M.J.: Nie, chyba nauczyła mnie tego Agnieszka Glińska, żeby zostawiać ludzi z czymś, co porusza, a często poruszają nas tematy trudne.

K.M: W tym koncercie, szczególnie na początku jesteś jednak trochę wariatem. Później, co prawda, nastrój staje się bardziej refleksyjny, ale słuchając płyty można spodziewać się poważnego mężczyzny, który zaśpiewa niemniej poważne piosenki. Tymczasem na scenie jest sporo szaleństwa.

M.J.: Moim zdaniem to duży walor, że koncert daje możliwości, aby pokazywać jeszcze inne emocje. Na żywo wszystko będzie zawsze działać lepiej, niż na nagraniach. Na koncercie widać, na przykład, dziś moją koszulkę, którą przygotowałem specjalnie na Przegląd Piosenki Aktorskiej i zamierzam w niej występować w trasie. Nowa jest też scenografia autorstwa Joanny i Michała Hrisulidu, którą dziś można było premierowo oglądać. Jest mocno teatralna, a przy tym skromna i bardzo mi się podoba ten pomysł, żeby umieścić na scenie pokój, który będzie pusty. Ktoś w nim był, a może nie… Zostaje nie do końca sprecyzowana obecność, nie wiadomo też czyja.

K.M: Muszę zapytać o dobór utworów. Świetnie, że zabierając się za twórczość Agnieszki Osieckiej, mamy tak szeroki wachlarz wyboru repertuaru, ale na tym też polega trudność, żeby wybrać z takiego ogromu. Czym się kierowałeś, dokonując selekcji i zostawiając tylko 12 utworów?

M.J.: Miały na to wpływ przede wszystkim lata koncertowania z repertuarem Osieckiej, a jest to już siedem lat w tej chwili, od kiedy zaczęliśmy grać. Materiał się krystalizował z biegiem czasu i chociaż wykonywaliśmy też inne jej utwory, wybraliśmy te, które sprawiają nam największą przyjemność w graniu, interpretowaniu i przedstawianiu ich na scenie. To bardzo subiektywne kryterium, czyli gramy to, co lubimy.

K.M: Sam wspominałeś nawet na koncercie, że sześć utworów to piosenki Seweryna Krajewskiego. Czy łatwiej śpiewa ci się piosenki, które były pierwotnie śpiewane przez mężczyznę, niż przeboje znane szerokiej publiczności z oryginalnych, żeńskich wykonań?

M.J.: Ja jestem takim zawodnikiem, który lubi, kiedy jest trudniej. Nawet wolę wykonywać utwory znane z kobiecej perspektywy – bardziej mnie one w tym projekcie rajcują.

K.M: Trzeba wyjaśnić w tym miejscu trochę, dlaczego Osiecka, ale po męsku? Gdzie szukać tego pierwiastka męskości poza tym oczywistym faktem, że utwory poetki śpiewa mężczyzna?

M.J.: Odpowiedź może brzmieć banalnie, ale zacytuję Artura Andrusa, który zapowiadając rejestrowany na płycie koncert powiedział, że istnieje coś takiego jak męska wrażliwość. Ja zostałem ambasadorem tego stwierdzenia. To nie jest nic głębszego, niż taka prosta przewrotność, która zresztą wcale nie jest do końca przewrotna. To po prostu męski punkt widzenia i sposób przefiltrowywania przez siebie tekstów Osieckiej.

K.M: Do swojego debiutanckiego albumu wybrałeś utwory napisane przez Osiecką, chociaż sam też piszesz teksty piosenek. Dlaczego taki wybór?

M.J.: Taki był plan, żeby dopiąć swego i wydać płytę właśnie z jej piosenkami. Plan był od dawna i trochę się zmieniał, bo ja sam jestem już parę lat doświadczeń dalej niż byłem wówczas, natomiast cały czas cel był ten sam. Chciałem w pewnym momencie zamknąć etap w moim życiu hołdem dla poetki, która należała i nadal należy do grupy moich ulubionych, wybitnych twórców. Wśród nich są też inni genialni autorzy piosenek – Wojciech Młynarski, któremu poświęcona będzie tegoroczna gala Przeglądu Piosenki Aktorskiej, czy Jeremi Przybora. A co do samej Osieckiej – bardzo ważna w zawodzie jest inicjacja – tego nauczył mnie Maciej Englert, kiedy debiutowałem w Teatrze Współczesnym. Pomyślałem, że moją fonograficzną inicjacją będzie właśnie płyta Osiecka po męsku, która podziała jak stempel, sygnatura pokazująca, że aspiruję do czegoś. W swoich autorskich planach chciałbym pożenić muzykę alternatywną z popem, ale czas pokaże, co z tego wyjdzie.

K.M: W kwestii muzyki i aranżacji stworzonych na potrzeby Osieckiej po męsku powiedziałabym, że są one odważne. A Ty jak byś je określił?

M.J.: Wywrotowe. Zrobiliśmy je tak celowo. Mam wrażenie, że ta płyta jest momentami szczeniacka. To może nie jest najlepsze słowo, bo kojarzy się raczej pejoratywnie, ale właśnie tak to widzę – nasza Osiecka to wersja trochę bezczelna, może nawet flirciarska, a przy tym jest pewnym puszczeniem oka do słuchacza. Zależało mi na tym, by ta płyta była żywa, naturalna… celowo omijam słowo współczesna, bo ono ma wiele znaczeń. Ale chciałem, żeby była taka tu i teraz. I myślę, że to się udało.

K.M: A jaka piosenka Osieckiej, gdybyś miał wybrać tylko jedną, najtrafniej charakteryzowałaby ciebie tu i teraz?

M.J.: Wariatka tańczy. Szczególnie, że w naszej interpretacji ten utwór jest gorzki, trochę lękowy, a jednocześnie wyraża pewną niezgodę. I ja mam dziś w sobie właśnie taką niezgodę na to, co obserwuję dookoła: podziały w naszym kraju, śmiałość anonimowych komentarzy choćby w internecie, ale też śmiałość wyrażania poglądów, które krzywdzą innego człowieka. Myślę, że o tym dzisiaj jest Wariatka tańczy i ja w ten sposób czytam ten utwór.

Katarzyna Mikołajewska, Teatralia Wrocław

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 230/2018


fot. Tomasz Walkow