6...9...12... (3…2…1 TANIEC!)

6…9…12… (3…2…1 TANIEC!)

Za nami już szósta edycja konkursu 3…2…1… TANIEC! Wydarzenie poświęcone jest choreografom poszukującym własnego „języka ruchowego”. Widać to bardzo wyraźnie po obejrzeniu i porównaniu trzynastu finałowych propozycji. Różnią się one od siebie diametralnie, od inspiracji, techniki, przez tematykę i podejście do niej (raz pełne powagi, ocierające się o patos, w innych przypadkach ironiczne i wręcz pastiszowe).

Mimo odmienności zaprezentowanych krótkich form tanecznych, można odnaleźć pewne grupy tematów czy też podobną estetykę, którą posługują się choreografowie. Jedną z nich jest – być może warunkowane przez ograniczenia formalne konkursu (solo, duet lub trio nie przekraczające odpowiednio 6, 9 i 12 minut) – samotność, radzenie sobie z alienacją, ale i odnajdywanie spokoju i szczęścia w samowystarczalności. Yohan Zeitoun w Pagan poetry operuje ironicznym konceptem – występ rozpoczyna rozbrajającym wyznaniem, że jego partnerka nie pojawiła się na konkursie. Mimo to artysta postanawia wystąpić, zastępując taniec kobiety opowieścią o nim. Słowa mieszają się z ruchem a widzowie, według słów Zeitouna, ,,muszą uruchomić wyobraźnię”. Banalny pomysł na choreografię w duecie zamienia się w ciekawy eksperyment z ogrzewaniem tego, czego (lub raczej kogo) nie ma. Dyskretna puenta dopełnia konceptu. W relacji wobec nieobecnego ustawia się również Paweł Zaufal w Porozmawiaj ze mną. Opuszczoną pozycję partnera lub partnerki zajmuje w tym przypadku widownia, z którą tancerz utrzymuje niemal stały kontakt wzrokowy. Ta intensywność osiągnięta jest jednak kosztem lekkości i bezpretensjonalności, charakteryzującej spektakl Zeitouna.

Podobną tematykę wybrała też Dominika Wiak, na co wskazuje już sam tytuł jej solo Inner place. Większość choreografii jest bardzo blisko podłogi, przedstawia drogę do uwolnienia się od zależności, które ciążą na artystce jak grawitacja. Siada na ziemi, przyjmuje różne ewidentnie przerysowane pozy, jak gdyby próbując, która z nich najbardziej jej pasuje. Powoli, niemal niezauważalnie, jej ruchy oddalają się coraz bardziej od podłogi. Niezależność ma jednak nie tylko pozytywne skutki. Nowoodkryta wolność początkowo przynosi też ze sobą nieskoordynowane ruchy rąk, jak gdyby uwolnionych od pętajacego je wcześniej ciężaru. Zmagania jednak nigdy się nie kończą. W ostatniej sekwencji tancerka szarpie nerwowo sztywną muchę na szyi – symbol męskości.

Wspomniane wcześniej choreografie zajmowały się próbą radzenia sobie w sytuacji, w której czegoś lub kogoś nam brak, natomiast A step towards… Enrico Paglialungi wydawało się manifestacją spełnienia i samowystarczalności przypominającej tę charakterystyczną dla dzikich zwierząt. W towarzyszącej tańcowi muzyce powraca ciągle odgłos deszczu. Scena zanurzona jest w półmroku, cienie się wydłużają i pogłębiają wrażenie przypominające dziką przyrodę. Kontakt z nią człowieka-tancerza dokonuje się przez najbardziej podstawowe ze wszystkich działań – ruch.

Czasem jednak nie można przyzwyczaić się do samotności ani nawet pogodzić się z samym sobą. O tym doświadczeniu opowiadają choreografie Eweliny Drzał-Fiałkiewicz (Homogemonia) oraz Fabiana Fejdasza (Symptoma). Homogemonia to etiuda, w której tancerka w pewien sposób walczy ze sobą samą, a raczej ze swoim ciałem i jego możliwościami. Testuje granice i wygina się w zasupłane figury. Z kolei Symptoma opowiada o ciele, które walczy przeciwko swojemu właścicielowi – dotknięte jest bowiem chorobą. Półnagi tancerz prezentuje umięśnione ciało, ale jest w nim przecież coś niepokojącego – w pasie przecina je prosty czarny gorset, usztywniając sylwetkę, ale i wprowadzając obcy element w naturalny, pozbawiony ozdobników wizerunek. Przyciemnione światło i niepokojąca muzyka podkreślają nastrój napięcia i rozgorączkowania.

Oprócz inspiracji życiem codziennym lub naturą, pojawiły się też choreografie oparte na tekstach literackich – powieści Thomasa Bernharda Ritter, Dene, Voss i dramacie Doroty Masłowskiej Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku. Pierwszy z nich, Bordóság, to bardzo ekspresyjny, a wręcz ekspresjonistyczny taniec Anity Barabás. Długa, czerwona spódnica artystki wiruje i szeleści z każdym jej ruchem, a pomalowana twarz wykrzywia się w coraz to nowym grymasie. Raz wydaje się złośliwą staruszką, raz ponętną wariatką. Trudno jednak doszukiwać się tu fabuły – solo bazuje raczej na impresjach i emocjach. Zupełnie inaczej sprawa wygląda w przypadku #DBRMPP, gdzie nawet bez znajomości dramatu można wyraźnie zobaczyć zarys historii, choć ma ona jednak nieco inny wydźwięk niż pierwowzór. To historia kiczowatej pary w kiczowatym świecie. Ona – lokalna Lolitka, on – brudny i w dresie. Choreografia Katarzyny Gorczycy i Oskara Malinowskiego ma swoją wyraźną dramaturgię – pokazuje spotkanie tych dwojga, podobne do nich samych: nieskoordynowane, impulsywne, niedojrzałe i podszyte napięciem seksualnym, które zresztą zaraz zostaje mechanicznie rozładowane. Zmęczona para pada bezwładnie na podłogę, nie jest już w stanie nadążyć za tempem wszystkich zabijających pustkę rozrywek, które sami sobie narzucili.

Nie jest to zresztą jedyna propozycja poświęcona relacjom damsko-męskim. Burzliwe związki przedstawiają także On ice this thin w choreografii Agnieszki Borkowskiej, I am wife and I am scorned Malcolma Sutherlanda oraz 5dm3 Anny Kamińskiej i Patryka Durskiego. Dwa pierwsze opowiadają o kłótni, choć sięgają diametralnie różne środki wyrazu. On ice this thin to historia dyskotekowej sprzeczki na chłopaka w dresie, dziewczynę w panterce i mnóstwo balonów. Te, jak strzelba u Czechowa, muszą oczywiście wybuchnąć. Tancerze bardzo ekspresyjnie i dobitnie wyrażają złość pary, która jednak kończy się happy endem rodem z weselnych obyczajów… Z kolei w I am wife and I am scorned trudno szukać podobnej ironii i dystansu wobec własnej pracy. Jak sugeruje tytuł, to historia zdradzanej żony, dla której inspiracją była włoska piosenka. Tancerze (Teresa Royo Sanchez, Gianmarco La Rocca) ubrani są w czarne oraz czerwone ubrania i wykonują dosyć przewidywalną choreografię o toksycznym uwikłaniu w związek z niewiernym mężczyzną. Zdecydowanie najlepiej wypada 5dm3, które łączy techniczną sprawność tancerzy z wyważonymi, prostymi pomysłami. Taniec jest lekki i nie wpada ani w zbytnią dosłowność On ice this thin, ani w patetyczność I am wife and I am scorned.

Dwie ostatnie propozycje konkursowe łączy wyraźne odwoływanie się do fantastycznych, popkulturowych motywów. MAT-X  Kláry Ešnerowej i Štěpány Mancowej nawiązuje tytułem do serii filmów Matrix i operuje dystopijną estetyką – kostiumy tancerek wydają się zuniformizowane, również choreografia polega głównie na powtarzaniu przez nie tych samych ruchów. O wiele ciekawsze, ironiczne podejście do swojego tematu wykazały Zofia Tomczyk i Krystyna Szydłowska w pracy pod świetnym tytułem Syrenada. Bawią się w niej one popularnymi wyobrażeniami syren: ubrane w jaskrawoniebieskie peruki, tańczą w spodniach o zaszytych razem nogawkach. Oczywiście brak możliwości poruszania nogami prowadzi do dosyć komicznych efektów – na przykład czołgania się na podłodze, trzepotania jak ryby wyjęte z wody, czy też ustawiania się w miarę możliwości w pozycji zaczerpniętej z Małej syrenki. Spektakl to w rezultacie w pewnym stopniu błazenada, ale bardzo zabawna i inteligentna oraz poprowadzona konsekwentnie do samego końca.

Każdy z jurorów konkursu przyznawał dwie indywidualne nagrody. Zdecydowanie najbardziej urzekły mnie proste koncepty i ironiczne podejście do tematu, więc gdybym to ja miała przyznawać wyróżnienia, powędrowały by one do Pagan poetry Yohana Zeytouna oraz #DBRMPP Katarzyny Gorczycy i Oskara Malinowskiego.

 

Aleksandra Spilkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, nr 166/2016

 

Aleksandra Spilkowska – ur. 1992, studentka krytyki literackiej i wiedzy o teatrze, gdańszczanka mieszkająca w Krakowie.